Po dwóch nocach na dworcu

•2018/10/11 • 4 Komentarze

Po dwóch nocach spędzonych na ełckim dworcu ciężko się zbiera myśli. Zawsze tak mam, kiedy jestem niewyspany. Jak tu spać kiedy silniki pociągów huczą, co godzinę rozlega się donośne „ding-dong” poprzedzające komunikat nadawany przez dworcowe megafony. Hałasy dobiegają też z sąsiadującego przez dworcowe okno placu autobusowego. Aaa i jeszcze głośne „rozmowy” rezydentów całodobowego sklepu monopolowego, krążących po okolicy jak sępy nad padliną. Pod dwóch takich nocach trudno jest formułować zdania. Dlatego o tym co zobaczyłem podczas pobytu w Ełku napiszę w punktach.

– W żadnym innym mieście nie spotkałem się z tak intensywnym zagęszczeniem lombardów.

– W mieście brakowało mi jakiegoś centralnego punktu, placu ratuszowego, rynku – czegoś w tym stylu. Jest za to kilka długich ulic stanowiących kręgosłupy komunikacyjne.

– Mam wrażenie, że funkcje społeczne rynku przejęły w Ełku promenady – ładne, długie, dobrze zagospodarowane, zadrzewione, schludnie utrzymane. Spacery po nich są przyjemne, zwłaszcza, że wyraźnie oddzielono trakty dla pieszych i rowerzystów.

– Przy promenadzie dobra restauracja „Między wierszami”, do której byłem zaproszony. Samemu raczej bym się nie porwał na ich menu, ze względu na stały niedobór gotówki w moim domowym budżecie. Dzięki temu, że płacić nie musiałem mogłem spróbować naprawdę świetnych dań, na przykład przystawki, co to jej nawet nazwać nie umiem, a nie dopytałem kelnerów cóż tam w niej było. Rozpoznałem jedynie pomidorka koktajlowego, ogóreczki, marynowane cebulki, jakieś owoce i sos będący połączeniem octu balsamicznego z czymś słodkim. Reszty nie rozpoznałem, ale bardzo to było dobre. Dostałem też kremową zupę z zielonego słodkiego groszku z kolorowym pieprzem i jeszcze jakimiś drobnymi czarnymi ziarenkami (czarny sezam?), których nie rozpoznałem. Daniem głównym był smażony sandacz pod czymś pośrednim między serem, a sosem holenderskim. Rybę podano z czarną soczewicą i surówką buraczkową (o orientalnej nucie smakowej i zapachowej). Był jeszcze deser na bazie delikatnej bezy – cudownie chrupkiej z wierzchu i wilgotnej w środku, wcale przy tym nie za słodkiej. Był w tej bezie jeszcze leciutki krem, trochę jakby ze śmietany, trochę z mascarpone – nie wiem. Słodycz przełamywały plasterki kiwi. Cośmy pili do tego? Merlota. Też zacnego.

– Jezioro Ełk – bardzo ładne wizualnie, można go pozazdrościć miastu. Przeczytałem jednak w lokalnych mediach, że biologicznie obumiera za sprawą fosforanów, czy innych azotanów. Dwadzieścia ton tych związków trafia każdego roku do jeziora za sprawą rzeki Ełk i pół nad nią intensywnie nawożonych przez rolników.

– Sporo ludzi spluwających na ulice. Owszem w innych miastach też widuję takie zachowania, ale w Ełku zaobserwowałem ich zdecydowanie najwięcej. Widziałem nawet spluwaczy balkonowych, nie zważających na to, że pod nimi chodzę ulicami ludzie! Ohyda!

– W Ełckim Centrum Kultury jest duża sala widowiskowa, pełniąca również funkcję kinową. Fotele w niej stare i niewygodne, skrzypiące. Miejsc chyba ze trzysta. Na seansie o 19.30 prócz mnie siedziały na widowni jeszcze dwie damy. Z seansu wcześniejszego („Kamerdyner”) salę opuszczało 15 osób.

– W tymże samym ECK mieści się też bar pierogowy, gdzie na oczach konsumentów lepi się pierogi. Jako, że jestem wielbicielem tego dania pokusiłem się o spróbowanie wszystkich chyba smaków. No i muszę pochwalić. Ciasto cieniutkie, doskonałe – to po pierwsze. Po drugie – nie znalazłem wśród wypróbowanych nadzień żadnego, które bym zdyskwalifikował. Wszystkie były dobre, a za wybitne bym uznał te ze szpinakiem, twarożkiem i fetą, oraz te z kozim serem.

– Ruiny pokrzyżackiego zamku na wyspie połączonej z miastem wąskim mostem. W strasznym stanie te ruiny. A są one tłem dla wywieszonych plakatów wyborczych. Kandydując do czegokolwiek w życiu bym się nie dał wyeksponować w takim sąsiedztwie. Zwłaszcza jeśli byłbym prezydentem władającym miastem już od kilku kadencji.

– Zniszczony poniemiecki cmentarz na wzgórzu po przeciwnej stronie jeziora. Śmieci na cmentarzu, a w bezpośrednim sąsiedztwie i blok wyglądający na mienie popegieerowskie. Zawsze mnie smucą takie zestawienia.

– Pięknie odnowiona wieża ciśnień zbudowana w XIX wieku, a obecnie należąca do lokalnej mniejszości niemieckiej.

– Sporo ulic, którym patronują święci ze wszystkich stron świata. A do tego ogromny plac, nad którym dominuje wielka figura Jana Pawła II. Obstawiam, że przynajmniej część placu stanowił niegdysiejszy cmentarz (ewangelicki?), a na obrzeżach na bank był kirkut. U stóp papieża znalazłem ciekawostkę– metalową klapę do kanalizacji dumnie opisującą słowem i obrazem pielgrzymkę kanalarzy na Jasną Górę.

– Kolejki na poczcie niby niezbyt długie, ale trochę się to wszystko ślimaczyło. Aby kupić znaczek na pocztówkę nastałem się prawie kwadrans. Przydałyby się takie znaczkomaty jakie mają u Niemców.

Z aparatów fotograficznych miałem ze sobą Mamiyę 6MF oraz kieszonkowego cyfraczka-badziewiaczka. Filmów z Mamiyi jeszcze nie wywołałem, więc do wpisu wrzucam kilka obrazków z cyfraczka. Przepraszam.

smP1020783obr

W Ełku

smP1020839

W Ełku

smP1020968

W Ełku

smP1020808

W Ełku

smP1020936

W Ełku

smP1020707

W Ełku

smP1020009

W Ełku

Reklamy

Dziś, jutro, wczoraj

•2018/10/07 • 22 Komentarze

Dziś mija czwarty rok od śmierci Siegfrieda Lenza. Jutro zaś skończę czytanie jego „Dezertera”, książki, której rękopis przeleżał w szufladzie kilkadziesiąt lat! Wydawnictwo najpierw ją zaakceptowało, a zaraz potem odrzuciło. Gdzieś przy biurkach ważnych ludzi podjęto decyzję skazującą powieść na pół wieku niebytu.

Nie w smak musiało być niemieckim decydentom (tak wydawniczym, jak politycznym) kreowanie dezertera z Wehrmachtu na bohatera. Tacy jak on uważani byli przez dziesięciolecia istnienia powojennych Niemiec, za zdrajców, podobnie zresztą jak Claus von Stauffenberg. Były to czasy rządów Adenauera, który popierał mit o honorowym Wehrmachcie. Nie chciano wówczas słuchać o zbrodniach żołnierzy, te mogli popełniać tylko esesmani i gestapowcy. No i masz, pojawia się Lenz i wypisuje te swoje sensacje… Dezerterzy i mordercy w Wehrmachcie – też coś! Ponoć jeden z redaktorów wydawnictwa, które początkowo miało wydawać powieść Lenza, ostrzegał autora, że może sobie tą książką bardzo zaszkodzić.

Trzeba było czekać do początku XXI wieku by niemieckie władze oficjalnie zrehabilitowały dezerterów z Wehrmachtu. Jeszcze dłużej czekaliśmy na druk „Dezertera”. W Niemczech, książka ukończona w 1951 r., ukazała się dopiero w roku 2016 roku (a jej polskie tłumaczenie dwa lata później). Powieść bardzo szybko awansowała na pierwsze miejsce list sprzedażowych niemieckich księgarń. Ponoć pierwszy nakład (35 tysięcy) wyprzedał się w kilka dni. Błyskawicznie zamawiano kolejne dodruki. W Polsce literatura niemiecka nie cieszy się wielkim wzięciem, więc nie przewiduję by „Dezerter” odniósł sukces komercyjny.

Wczoraj, w przeddzień rocznicy śmierci Siegfrieda Lenza, odbierałem nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Literackim jego imienia. Jury uznało, że warto przyznać mi II nagrodę za opowiadanie „W naszym domu”. Bardzo dziękuję Fundatorom, m.in. Siegfried Lenz Stiftung. Cieszę się.

Żałuję jednak, że nie dane mi było poznać pisarza osobiście, a przecież była okazja, gdy w 2011 r. odwiedził Polskę…

Siegfried Lenz w 1969 roku. Bundesarchiv, B 145 Bild-F030757-0015 / Schaack, Lothar / CC-BY-SA 3.0

Siegfried Lenz w 1969 roku. Bundesarchiv, B 145 Bild-F030757-0015 / Schaack, Lothar / CC-BY-SA 3.0

Kawaleria przybyła

•2018/10/02 • 6 Komentarzy

Przez lata był spokój, a coroczne wizyty prewencyjne nie dawały powodów do obaw. Aż tu nagle okazało się, że czeka mnie batalia o uzębienie. Wróg zakradł mi się do organizmu podstępnie, cicho, niespodziewanie, bezobjawowo. Niemiłe zaskoczenie na wieść, że kampania będzie długa, zacięta i kosztowna…

Nie przepadam za stanem bezbronności, w którym znajduję się na dentystycznym fotelu – unieruchomiony wkręconymi w zęby formówkami i sparaliżowany strachem. Nie lubię tego charakterystycznego dźwięku towarzyszącego delikatnego postukiwania metalowych narzędzi o szkliwo. Choć zdaję sobie sprawę ze zbawiennego działania znieczulenia nasiękowego lidokainą, to świadomość ta nie zmniejsza znacząco mojej niechęci do poddawania się zabiegom stomatologicznym. Noo ale wiadomo – mus, to mus. Wiedząc co mnie czeka, do przychodni wchodziłem ciut spłoszony.

Spory tłumek ludzi mimo, że to poranek, mimo umawiania na określone godziny. W przychodni panuje atmosfera poddenerwowania, unosi się w powietrzu napięcie, może obawy. Zdaje się, że udziela się wszystkim. Inaczej niż przed innymi znanymi mi gabinetami lekarskimi – cisza – nikt nie rozmawia, nie rozwodzi się o swojej historii chorobowej. Myślę, że ten nastrój może się udzielać nawet tym, którzy lubią chodzić do dentysty.

Z niespodziewaną odsieczą mojemu podupadającemu morale przyszedł aromat… Czekając na swoją kolej wejścia do gabinetu, nagle poczułem tak dobrze znaną i lubianą woń. Sączyła się przez lekko uchylone drzwi jednego z pokoi, a wraz z nią sączyło się z wnętrza przytłumione czerwone światło. Ciemnia fotograficzna. Rentgenowska, ale ciemnia!

Któryś z niezbadanych mechanizmów psychofizjologicznych sprawił, że coś zaiskrzyło między moimi neurytami i dendrytami. Wystarczyło kilka głębszych wdechów oparów metolu. Umysł mi się uspokoił, a na fotel siadałem prawie uśmiechnięty.

Parafrazując mistrza mogę z pełnym przekonaniem napisać: najbardziej lubię zapach wywoływacza o świcie. Tak pachnie zwycięstwo!

Przedwojenna reklama wiadomo czego. Wywoływacz rządzi!

Przedwojenna reklama wiadomo czego. Wywoływacz rządzi!

Z Eweliną

•2018/09/25 • 14 Komentarzy

Wciąż zdarzają mi się takie rzeczy. Szukałem wczoraj jakiejś książki, a trafiłem na kartonik po pocztówkowym (w rozmiarze) papierze fotograficznym bydgoskiego Fotonu. W  środku – śrut, drut, mydło i powidło, czyli odbitki barytowe, kilka starych polaroidów i garść zdecydowanie nowszych Instaxów Wide. Na jednym z nich… Ewelina. Jako, że mam zwyczaj podpisywania fotografii, nie musiałem grzebać w pamięci by się dowiedzieć, że fotografię wykonano w lutym 2016 roku. Pół roku później Ewelina zmarła. Tak jak teraz – był wrzesień. Niewyobrażalna rozpacz rodziców i narzeczonego. W pracy długa i ponura cisza.

Przepracowaliśmy razem kilka lat, sporo się razem śmialiśmy, ale też odbyliśmy parę ważnych rozmów. Wciąż mam w głowie tę, której punktem wyjścia była zawartość książki Davida Sievekinga, „Nie zapomnij mnie”.

Eweliny nie zapomnę z pewnością.

Ewelina

To już koniec

•2018/09/23 • 4 Komentarze

Karnet Gdynia festiwal

Ten tydzień był tak intensywny, że dziś ledwo wstałem. I to w południe. Na rozpisywanie się o szczegółach intensywności przyjdzie jeszcze czas. Dziś tylko lista filmów, które zobaczyłem na gdyńskim festiwalu. Nie należy się doszukiwać w układzie tytułów wartościowania – jest alfabetyczny. Uwaga ogólna o filmach festiwalowych in gremio – były dużo lepsze niż się spodziewałem…

53 wojny

7 uczuć

Autsajder

Droga Aszera

Dworzec Gdański

Dzień czekolady

Dziura w głowie

Eter

Fuga

Jak pies z kotem

Jeszcze jeden dzień życia

Juliusz

Kamerdyner

Kawki na drodze

Kler

Krew Boga

Monument

Nina

Okna, okna

Pewnego razu w listopadzie

Rodzina na sprzedaż

Samson

Siedmiu Żydów z mojej klasy

Szron

Twarz

Ułaskawienie

W cieniu drzewa

Westerplatte

Wilkołak

Zabawa, zabawa

Zimna wojna

Żniwa

Szuflada ojca

•2018/09/16 • 4 Komentarze

Niedawno wspominałem o „Spichlerzu sztuki. Tu wspominałem:

https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2018/08/26/ze-spichlerza/

Parę dni po wernisażu odwiedziłem go raz jeszcze. Chciałem w bardziej przyjaznych warunkach, bez tłumu ludzi dookoła, przyjrzeć się jednej z bardziej interesujących prac na wystawie. Jej autorem jest Artur Wyszecki, będący zarazem siłą napędową „Spichlerza sztuki”. Poprosił mnie bym ją sfotografował, bo ma do niej bardzo osobisty stosunek. Powstała po śmierci jego ojca. Otworzył szufladę w jego biurku i utrwalił wszystkie zgromadzone w niej rzeczy zalewając je żywicą epoksydową. Aby utrzymać przestrzenny układ przedmiotów jaki zastał w szufladzie stworzył dziesięć warstw żywicy, a na końcu scalił je ze sobą. Powstała w ten sposób wielka bursztynowa bryła zawierająca mnóstwo emocjonalnych inkluzji. Aby wrażenie było pełne należy ją oglądać podświetlaną mocnym źródłem światła. I tak właśnie ją sfotografowałem. Artur bardzo czynnie uczestniczył w procesie fotografowania, proponując m.in. kolejne schematy oświetlenia, a w końcu samemu pojawiając się w kadrze. Mamy więc na obrazku dwa w jednym – twórcę i tworzywo.

Artur Wyszecki i jego praca w wejherowskim "Spichlerzu sztuki 2018". Fotografowano na materiale natychmiastowym Fujifilm FP-100C. Pozytyw trafił do Artura, u mnie zaś pozostał "negatyw", odzyskany sposobem opisanym tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2013/04/21/juz-wiem-jak-to-sie-robi/

Artur Wyszecki i jego praca w wejherowskim „Spichlerzu sztuki 2018”. Fotografowano na materiale natychmiastowym Fujifilm FP-100C. Przysłona – 28, czas naświetlania – 14 sekund. Pozytyw trafił do Artura, u mnie zaś pozostał „negatyw”, odzyskany sposobem opisanym tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2013/04/21/juz-wiem-jak-to-sie-robi/

Fotografowano tym, co widać na obrazku - Tachiharą z obiektywem Fujinar SC 250 4,7 SM

Fotografowano tym, co widać na obrazku – Tachiharą z obiektywem Fujinar SC 250 4,7 SM

Donos z Kielc

•2018/09/10 • 18 Komentarzy

Jak donosi nasz donosiciel, jury w składzie: Paweł Chmielewski (redaktor naczelny magazynu, autor dramatów, scenarzysta, przewodniczący), Agnieszka Majcher (doktorantka literaturoznawstwa UJK, specjalizująca się w twórczości Stanisława Lema), Emmanuella Robak (doktorantka literaturoznawstwa UJK, specjalizująca się w twórczości Jerzego Żuławskiego) przyznało wyróżnienie mojemu opowiadaniu „Łysiec-Saragossa”. A rzecz się działa w ramach konkursu na opowiadanie fantastyczne z okazji piątej rocznicy istnienia Kieleckiego Magazynu Kulturalnego „Projektor”.

Tekst wydrukują w pokonkursowej antologii „Fantastyczna 13”. Wydawnictwo będzie zawierało 13 opowiadań, a jego premiera odbędzie się podczas Przeglądu Teatrów Alternatywnych w kieleckiej Bazie Zbożowej (2-4 listopada 2018 r.). W załączeniu prezentuję okładkę zaprojektowaną przez Jerzego Ozgę, który również wykonał ilustracje do tomiku.

Okładka zaprojektowana przez Jerzego Ozgę

Okładka zaprojektowana przez Jerzego Ozgę