W piekle

•2018/07/28 • Dodaj komentarz

Pracujący po kilkanaście godzin dziennie syn poprosił byśmy wpadli do niego na chwilę, zabrali brudne ciuchy i ręczniki do prania, a przywieźli nowe. Pojechaliśmy.

Nie wiedziałem, że piekło może być tak blisko – 40 minut jazdy autem, w Jastrzębiej Górze i okolicach. Nie wiedziałem, bo przez całe życie udawało mi się unikać odwiedzin w takich miejscach w sezonie urlopowym. W warstwie teoretycznej oczywiście zdawałem sobie sprawę, jak to wszystko może wyglądać. Ale, powiadam wam, teoria to jedno, a praktykowanie podnosi wiedzę uzyskaną teoretycznie do trzeciej (najmniej) potęgi.

Pierwsze co uderzyło nas w oczy, to szpetota. Kilometry chodników zabudowane szpalerami tandetnych bud sprzedających jeszcze bardziej tandetne zabawki i „pamiątki”. O mało nam oczy nie pękły od patrzenia na tę brzydotę.

Kiedyśmy opuścili auto, nasze uszy zostały zaatakowane kakofonią. Każda z bud ma swoje głośniki, które emitują hałas. Teoretycznie ma to być muzyka, ale raz, że jej jakość (wiem, wiem, o gustach nie należy dyskutować) była odbiciem oferowanego asortymentu, a dwa, że bliskość tych ” punktów handlowych i gastronomicznych” sprawiała, że dźwięki mieszały się ze sobą. Powstawał najprawdziwszy kociokwik. Na to wszystko nakładały się nieustanne nawoływania kolonijnych wychowawczyń, wrzaski niezadowolonych oraz szczęśliwych dzieci, „łacina” bez skrępowania i na głos serwowana na ulicach przez przechodniów, megafonowy marketing lokalnych „atrakcji”.

Zapachy – nie wiem, czy nie gorsze od amalgamatu dźwiękowego. Dominują wszystkie możliwe wonie potu, łącznie z tym najgorszym – kwaśną mieszaniną smrodu przetrawionego, wczorajszego alkoholu, papierosów i długo niemytego ciała. Sprawę pogarszają jeszcze nieudane próby przykrycia tego tła rozmaitymi oldspajsami i podróbkami „Angela”. Do tego, jakby zawieszona w powietrzu, wszechobecna frytura. Chodząc ulicami ma się wrażenie poruszania w tym nieświeżym tłuszczu. Przypalone gofry, popkorn, wata cukrowa, bób, kukurydza, lody i Bóg wie co jeszcze przekazało tu morskiemu (teoretycznie) powietrzu swoje wyziewy.

Ścisk, tłok, nieustanne potrącanie się łokciami, przepychanie, ocieranie.

Spędziliśmy tam godzinę i nie wyobrażam sobie bym wytrwał dużo dłużej. Bez żartów – wolałbym całe wakacje spędzić w swojej piwnicy niż jeden dzień w tym piekle.

Że jeszcze żaden radny nie przyczepił się do numeracji autobusów przejeżdżających przez Jastrzębią Górę, to chyba cud (sic!) najprawdziwszy.

Do tego piekła można, jak widać, dojechać także autobusem o stosownym numerze. Że jeszcze żaden radny nie przyczepił się do numeracji autobusów przejeżdżających przez Jastrzębią Górę, to chyba cud (sic!) najprawdziwszy.

Reklamy

Zagubiony nominat

•2018/07/17 • 16 Komentarzy

Mimo, że w 2010 roku prócz prowadzonych od lat zapisków w kajetach zacząłem pisać też notatnik internetowy, mój udział w blogosferze jest ograniczony do minimum. Niespecjalnie śledzę to, co piszą inni, a i inni również nie czują ciśnienia na studiowanie moich notatek. Uważam za zupełnie naturalne przekonanie, że większy pożytek płynie z czytania Marqueza, McCarthy’ego, Faulknera, czy Barańczaka, niż z przesiadywania nad blogami. Przez te wszystkie lata obecności w sieci uzbierałem w subskrypcjach może z piętnaście blogów. A połowa z nich jest już nieaktywna. Spośród reszty nie wszyscy zamieszczają wpisy regularnie. Nie mam więc problemów by być na bieżąco z tym, co chcą światu zakomunikować.

Stoję więc ja sobie spokojnie na poboczu prowincjonalnych dróg blogosferowego świata, aż tu  się dowiaduję, że gdzieś, ktoś, do czegoś mnie nominował. A konkretnie to autorka https://blogcaffe.wordpress.com/ nominowała mój notesik do Mystery Blogger Award. No i jestem trochę zagubiony. Nie bardzo wiem dlaczego, nie bardzo się orientuję w zasadach, ale i tak jest mi miło, że te moje ćwierćprywatności, ktokolwiek uznał za warte zauważenia. Bardzo dziękuję! Jak kto ciekaw szczegółów owych nominacji, to powinien sięgnąć do źródła, czyli do wpisu: https://blogcaffe.wordpress.com/2018/07/16/mystery-blogger-award/

Podobno według zasad teraz i ja powinienem wskazać innych blogujących, czyniących to w interesujący sposób. I wskazanych powinno być od dziesięciu do dwudziestu! Problem w tym, że nie znam aż tylu blogerów, no i aż do tylu mnie nie ciągnie. Mogę zatem, co najwyżej, wymienić tylko te kilka blogów, które czytuję z regularnością większą lub mniejszą. Ale za to zwykle czytuję je z przyjemnością. Czy to spełnia reguły nominacji do Mystery Blogger Award? Nie mam bladego pojęcia.

Lecę zatem z krótką listą tych, których bym nominował do czegokolwiek.

https://dompeonii.wordpress.com/ – za erudycję, wrażliwość artystyczną, talenty manualne i wszystkie zbieżności nas łączące;

https://kamiennakamieniu.wordpress.com/ – za pamięć, za trud, za zaangażowanie, za profesjonalizm w działaniu, za konsekwencję;

https://patagrafija.wordpress.com/ – za odsłanianie mi mniej znanych lub zupełnie nieznanych stron fotografii, za fachową wiedzę, za kaligrafowane koperty, za miński album Zjanona Paznjaka, za radziecki papier fotograficzny;

https://slowemkadrowane.wordpress.com/ – za ciepło obrazu, pracę wkładaną w poszukiwanie własnej drogi  w świecie fotografii;

https://marcinperzanowski.wordpress.com/ – za oszczędność form i brak nadaktywności;

https://kilkaslowdomikrofonu.wordpress.com/ – za zanurzenie w dźwiękach;

To pewnie wbrew zasadom, bo przez nią zostałem wskazany, ale chętnie dopisałbym też https://blogcaffe.wordpress.com/ – za ciekawość wszystkiego.

 

mystery-blogger-award2005587522

 

 

Taki numer

•2018/07/14 • 10 Komentarzy

Dziś pokazuję okładkę almanachu, w którym na stronie ósmej zaczyna się moje opowiadanie „Będzie dobrze”. Nagrodzono je pierwszym miejscem w konkursie „Mała ojczyzna bohaterem literackim – 100 lat minęło” (wspominałem o sprawie tu:                      ( http://www.wczorajszefotografie.wordpress.com/2018/07/07/specjalnie/ ).

Nie wiem czy warto po nie sięgać, bo mojej żonie opowiadanie podobało się umiarkowanie, ale, jeśli jednak ktoś miałby ochotę przeczytać, to powinien szukać (Bóg wie gdzie) publikacji oznaczonej ISBN-em: 978-83-65092-19-9.

Taki numer!

Prosto z wejherowskiego starostwa - almanach.

Prosto z wejherowskiego starostwa – almanach.

 

To, co niesie, i to, co przytłacza

•2018/07/12 • 10 Komentarzy

Dwa lata temu miałem okazję porozmawiać z Tomaszem Jastrunem w kameralnym gronie. Wspominałem o tym tu:

https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2016/10/07/z-poeta-w-kadrze-i-przy-stole/

Tym razem Pan Tomasz był, takie miałem wrażenie, kwiatkiem do politycznego kożucha. Okazji do spokojnej rozmowy nie było, bo spotkanie było pomyślane jako masowe. Co prawda tłum wielki nie przybył, ale ci, którzy się pojawili byli nastawieni na rozmowę o polityce, a wiadomo jak  w naszym kraju wyglądają takie rozmowy. Człowiekowi z depresją dość trudno się w nich znajdować, a już na bank są dla niego wyczerpujące. Zwłaszcza, że część polityczna spotkania trwała długo, stanowczo za długo. I była emocjonalna. Chwilami nadmiernie. Poeta był zmęczony. Coraz bardziej. Z każdym kwadransem coraz wyraźniej widoczne było na jego twarzy wyczerpanie.

Niestety, dopiero na sam koniec spotkania udało się Panu Tomaszowi przejść do poezji, literatury, czy kultury w ogóle. Krótka to była część, ale… wiele zmieniła. Tomasz Jastrun wreszcie mógł mówić o pisarstwie. W jego oku pojawił się błysk, zaczął gestykulować, ożywił się niezwykle. A jak pięknie mu się zmienił głos, gdy czytał wiersz swojego ojca o chłopięcych bucikach. O bucikach chłopca, którym był Tomasz Jastrun, syn Mieczysława Jastruna, kilkadziesiąt lat wcześniej. Wzruszenie…

Łatwo się można zorientować co niesie poetę, a co go przytłacza.

bw_DSC4063

Tomasz Jastrun w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, podczas spotkania „Po co nam demokracja?”, 18 maja 2018

bw_DSC4039

Tomasz Jastrun w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, podczas spotkania „Po co nam demokracja?”, 18 maja 2018

bw_DSC4068

Tomasz Jastrun w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, podczas spotkania „Po co nam demokracja?”, 18 maja 2018

bw_DSC4093

Tomasz Jastrun w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, podczas spotkania „Po co nam demokracja?”, 18 maja 2018

bw_DSC4065

Tomasz Jastrun w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, podczas spotkania „Po co nam demokracja?”, 18 maja 2018

bw_DSC4088

Tomasz Jastrun w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, podczas spotkania „Po co nam demokracja?”, 18 maja 2018

bw_DSC4089

Tomasz Jastrun w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, podczas spotkania „Po co nam demokracja?”, 18 maja 2018

bw_DSC4095

Tomasz Jastrun w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, podczas spotkania „Po co nam demokracja?”, 18 maja 2018

bw_DSC4117

 

Dużo tańsza niż platyna

•2018/07/08 • 2 Komentarze

Odwiedzając Gdyńskie Centrum Filmowe zachodzę czasem na chwilkę do znajdującego się na parterze sklepiku z płytami (między innymi z płytami). Zwykle wychodzę z pustymi rękoma, ale raczej nie z powodu kiepskiego asortymentu (co to to nie!), lecz z powodu pustości mojego portfela. Czasem jednak ponosi mnie fantazja i kupuję, coś, co zawsze chciałem mieć, a co ma w miarę okazyjną cenę. Tak było tym razem.

Przed projekcją filmu „Na głęboką wodę” (o nim napiszę parę słów kiedy indziej – zachwytów nie będzie) przekładałem w sklepiku winyle, aż trafiłem na okładkę, która zatrzymała niespieszny ruch dłoni. I już po drugim rzucie oka wiedziałem, że wyjdziemy stamtąd razem – ja, piękna okładkowa grafika Joni Mitchell, no i nutki zestawione przez czterech muzykantów, których nazwiska zaczynają się od liter tworzących nazwę zespołu CSNY.

Muzyka to jedno, ale, bez dwóch zdań, to co na okładce zawsze przyciąga moją uwagę –  jeśli ciekawe, poruszające, kreatywne, piękne. Patrząc na grafikę Joni Mitchell myślę o tym, jak żałośnie wyglądają przy trzydziestocentymetrowych okładkach winyli, te mikre dwunastocentymetrowe kwadraciki z kompaktów. Wielkość nie ma znaczenia?

Nigdy nie słuchałem tego albumu jako całości, choć niemal wszystkie utwory znałem z wcześniejszych dokonań CSN i CSNY, bo wspomniany wyżej album to pierwsza w ich dorobku składanka the best of. Dobór piosenek na takie kompilacje jest zawsze mocno subiektywny, czasem zdarza mi się nie godzić z selekcją dokonaną przez twórców. Tym razem muszę przyznać, po trzykrotnym przesłuchaniu, że chyba faktycznie to najlepsze co CSNY stworzyli do 1974 roku. Nic dziwnego, że album pokrył się sześcioma warstwami platyny. A ja go sobie właśnie kupiłem. I to za takie grosze. „Jak dotąd” cieszy mnie bardzo.

Siedzę, słucham po raz czwarty i gapię się na okładkę.

CSNY+JM+KS

CSNY+JM+KS

Specjalnie

•2018/07/07 • 1 komentarz

Pisuję różne rzeczy, a niemal wszystko co wyszło spod mojego pióra powstało z potrzeby serca. Setki wierszy (może i tysiące, bo kto by to liczył), opowiadania jakieś, nowelki, facecje najróżniejsze, powstawały bo musiały.

Jest też kategoria tworów, które powstały specjalnie na okoliczność. Nie ma ich wiele, próbowałem ostatnio porachować i wyszło mi, że jest tego jakieś dwadzieścia wierszy, dwanaście opowiadań i trzy nowelki. Tekstów naukowych, popularno-naukowych, recenzyjnych i publicystycznych nie liczę. A okolicznościami, na które powstawały te wspomniane wyżej pisaniny były zwykle konkursy.

Na niektóre konkursy wysyłałem rzeczy odrzucone przy zestawianiu tomików, na inne poszły juwenilia zalegające od lat w kajetach, ale były też takie, na które pisałem rzeczy całkiem nowe. Najczęściej robiłem to w ostatniej chwili, a to z powodu, że się na ostatni moment dowiadywałem o konkursie, a to z powodu mojego charakteru dość chaotycznego, a chętnego do przekładania realizacji zadań na ostatnią chwilę.

Tak właśnie powstało opowiadanie „Będzie dobrze”, które napisałem specjalnie na konkurs „Mała ojczyzna bohaterem literackim – sto lat minęło”. Długo zbierałem się do pisania, tematu nie miałem odpowiedniego, bohaterów dobrych, pomysłu na finał też nie miałem. W końcu siadłem do pisania – w ostatniej chwili (a jakże!) – bez wymienionych elementów. Posłużyłem się zatem metodą strumienia świadomości. Jakie ja tam banialuki wypisywałem! Powstało ze dwadzieścia stron, z których dało się ostatecznie wykroić pięć strawnych. No i dobrze, bo takie było mniej więcej ograniczenie objętościowe. Wystarczyło na ukazany niżej dyplom i gratyfikację za pierwsze miejsce.

Mają drukować, o czym szerzej powiadomię P.T. Czytelników w odrębnej korespondencji.

Dyplom za opowiadane - to napisane specjalnie na konkurs.

Dyplom za opowiadane – to napisane specjalnie na konkurs.

 

Naraz

•2018/07/05 • Dodaj komentarz

Jak zwykle czytam kilka książek jednocześnie. Tak się jakoś ułożyło, że są wśród nich trzy pozycje biograficzne. Dokładnie te, które widać na załączonym niżej obrazku.

Pierwsza jest kopalnią wiedzy i chyba też czegoś, czego nie wahałbym się nazwać mądrością. Miałem szczęście poznać autora osobiście, więc mogę powiedzieć, że ta książka jest dokładnie taka jak jej autor – szczera i zarazem taktowna.

Drugą z książek pożeram w zastraszającym tempie i już żałuję, że się kończy. Napisana lekko, z takim talentem, że mogłaby być właściwie powieścią. Nie mogę wybaczyć tylko autorowi braku znajomości języka rosyjskiego w stopniu najbardziej podstawowym, lub redakcji braku czujności i puszczenia do druku frazy „Biez wodki nie razbierioszsia” (tu następuje podczas pisania moje zgrzytanie zębami!). Niemniej w książce fascynująco mieszają się domysły, prawdy i konfabulacje. Od dzieciństwa, od kiedy pamiętam, takie mikstury pociągały mnie bardzo. I nic się nie zmieniło.

Trzecią z nich męczę od niemal roku, czytam etapami, z coraz dłuższymi przerwami. Przebijam się przez kolejne rozdziały, jak partyzancki oddział z okrążenia. Co i rusz dowiaduję się czegoś nowego, ale gdyby to była książka o kimś innym, to pewnie bym jej nie dokończył. O nim jednak doczytam, bo lubię dzieła jego umysłu i rąk. Bardzo lubię. Od lat.

Macie pomysł na dopasowanie opisów do poszczególnych książek z obrazka?

_lem young modzelewski