Z soboty na niedzielę jestem zakochany

Od lat powtarzam, za sierżantem Murtaugh, że „jestem już na to za stary”. W zeszłym roku definitywnie postanowiłem skończyć z masowymi koncertami plenerowymi, a świadectwem tego była rezygnacja z Open’era 2018. Choć przecież kusiło bardzo by się jeszcze raz wybrać, zwłaszcza na występ Davida Byrna. TEGO Davida Byrna! Wytrwałem jednak w swoim postanowieniu. No i po co? Po to tylko, by rok później się złamać pod wpływem pokusy płynącej z Roskilde Festival. Ostatniego dnia festiwalu miał tam wystąpić zespół The Cure, a ja tak bardzo chciałem raz jeszcze zobaczyć i posłuchać na żywo Roberta Smitha.

Zaczęło się zimą roku 1989, w lutym, dokładniej. Pamiętam, że leżałem złożony wysoką gorączką na piętrowym łóżku w zielonogórskim internacie. Temperatura była naprawdę wysoka, właściwie ocierałem się już o malignę. Litując się nad chorym kolegą moi współlokatorzy bez szemrania zgodzili się włączyć radio i ustawić je na Program Trzeci. Z głośników popłynął głos Tomasza Beksińskiego, prowadzącego wówczas audycję „Romantycy muzyki rockowej”, zapowiadał płytę „Faith”, zespołu The Cure. Nie wiem, jaki wkład we wstrząs, który wówczas przeżyłem, miała gorączka, a jaki muzyka i teksty emitowane z radia. Nie miałem wyjścia, zostałem fanem i zdaje się, że jestem nim do dziś.

Masowych festiwali nie lubię, nie przekonuje mnie formuła słuchania i przeżywania muzyki w towarzystwie kilkudziesięciu tysięcy ludzi. The Cure chciałem jednak posłuchać. Bardzo chciałem, nawet w ścisku. I wysłuchałem – jako jedna z 55 tysięcy osób zgromadzonych w Roskilde pod sceną, nocą z 6 na 7 lipca.

Aby rzecz przeżyć możliwie najpełniej, usilnie wprowadzałem się w medytacyjny trans, który miał mnie z lekka odizolować od otoczenia. Było to o tyle łatwe, że udało mi się dopchnąć do barierek przed samą sceną, więc tłum miałem głównie za plecami. Aby się nie rozpraszać, zrezygnowałem nawet z fotografowania (nie licząc kilku pamiątkowych ujęć), choć Roskilde jest jednym z nielicznych festiwali, na których organizatorzy zezwalają na robienie zdjęć i to nawet lustrzankami (byle bez lampy błyskowej).

Z dziesięciodniowego dystansu mogę napisać, że warto było znieść wszelkie dyskomforty fizyczne i psychiczne by posłuchać Roberta Smitha przez te dwie, z górką, godziny. Mimo sześćdziesiątki na karku, jego głos brzmiał niemal tak samo jak wtedy, gdy słuchałem go przez radio. Znów udało mu się zrobić tę sztuczkę z „Just Like Heaven” i przenieść mnie w muzyczny sen. Na chwilę przebudziłem się z niego by ochłonąć w czasie dziesięciominutowej przerwy przed bisami. A te potrwały pół godziny.

Dla ciekawych podaję co było grane: Intro, Shake Dog Shake, From the Edge of the Deep Green Sea, Just One Kiss, Lovesong, Last Dance, Pictures of You, High, A Night Like This, Burn, Fascination Street, Never Enough, Push, Inbetween Days, Just Like Heaven, Play for Today, A Forest, Primary, 39, One Hundred Years. A na bis: Lullaby, The Caterpillar, The Walk, Friday I’m in Love, Close to Me, Why Can’t I Be You?, Boys Don’t Cry.

Czy czegoś mi zabrakło? Pewnie, połowy repertuaru! Noo ale taki wyśniony koncert musiałby potrwać pewnie z pięć godzin, a tego przecież trudno oczekiwać, bo nie wszyscy są Bruce’ami Springsteenami.

Było naprawdę pięknie, ale wciąż twierdzę, że jestem już na to za stary…

Robert Smith podczas występu w Roskilde, 07 lipca 2019 roku

Robert Smith podczas występu w Roskilde, 6/7 lipca 2019 r.

Reklamy

~ - autor: bfcb w dniu 2019/07/17.

Komentarze 2 to “Z soboty na niedzielę jestem zakochany”

  1. Nikt nie jest za stary na słuchanie dobrych koncertów. Kiedyś uważałam, że przestanę bywać na koncertach w plenerze, a tymczasem chodzę na wybranych lubianych artystów i czuję się dobrze, chociaż czasem dookoła młodzież, więc wiadomo, że od samego patrzenia lat ubywa i pojawia się ten błysk w oku. Bezcenny.
    Serdeczności zasyłam

    • Ja zaś jednak za stary się czuję na znoszenie pewnych niewygód związanych z masowymi koncertami. Ponadto słabo znoszę obecność zbyt wielu ludzi w zbyt bliskim dystansie. Zawsze tak było, ale jakoś znosiłem, wszelako z wiekiem mi się pogłębiło, zauważyłem. Tak, że wielkie koncerty będę już sobie z wolna odpuszczał. Jeszcze się jesienią na The Pixies wybiorę do Berlina, a potem to już będę się rozglądał głównie za mniejszymi imprezami. Zacieram już łapki na zapowiedziany niedawno występ New Model Army. Mają przyjechać w październiku do Gdyni z nową płytą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

 
%d blogerów lubi to: