Nie spodziewałem się

Do jednej z grup licealistów przychodzących na moje zajęcia fotograficzne dołączył niedawno nowy uczestnik. Lekko się zdziwiłem, że tak nagle, w drugiej połowie roku szkolnego zdecydował się nasze spotkania. Kiedy zacząłem chłopca indagować, okazało się, że wcześniej po prostu nie było go w szkole. W Azji był, na kontrakcie podpisanym z agencją modelingową. Po chwili rozmowy wiedziałem już, że był też finalistą konkursu  Elite Model Look.

W trakcie zajęć nasz nowy kolega był aktywy, udzielał się, miał pytania, parę celnych spostrzeżeń. Cieszyłem się więc, że mam w grupie kolejną osobę wyraźnie zainteresowaną fotografią. Został nawet parę minut po lekcji, by jeszcze chwilę pogadać. W którymś momencie rozmowa zeszła na jego dotychczasowe sesje fotograficzne, a potem wspomniałem o fotografii srebrowej, pytając, czy któryś z fotografów, z którymi chłopcu dane było pracować, robił mu zdjęcia na klasycznych filmach. I tu zobaczyłem w jego oczach… brak zrozumienia – jakich filmach…???

Dłuższą chwilę byłem skonsternowany widząc, że mój rozmówca nie wie, o co go właściwie pytam. Po prostu nie wiedział, że jest coś takiego jak film, negatyw, slajd. Serio, nie zmyślam! Musiałem wyjąc z plecaka Mamiyę 6 oraz rolkę średnioformatowego Ilforda i pokazać mu o co mi chodzi. Był szczerze zdziwiony, że tak też można robić zdjęcia?

Nie spodziewałem się, że można tego nie wiedzieć. O czym to może świadczyć?

Wbrew nowoczesności w mojej ciemni wciąż suszą się filmy. Małoobrazkowe, średnioformatowe i jeszcze większe...

Wbrew nowoczesności w mojej ciemni wciąż suszą się filmy. Małoobrazkowe, średnioformatowe i jeszcze większe…

 

Reklamy

~ - autor: bfcb w dniu 2019/03/25.

Komentarze 44 to “Nie spodziewałem się”

  1. Ja jestem wychowana na slajdach,

  2. W domu były wyświetlane i slajdy z bajkami i slajdy z naszymi zdjęciami. Klisze mnie zawsze martwiły, bo trzeba je było oszczędzać. Zdjęcia wywolywałam na szkolnym kole zainteresowań.
    Fajna zabawa- trochę chemii, trochę magii, kilka wypowiedzianych modlitw, by coś jednak z filmu było ciekawego 🙂
    A teraz? Klikam selfie, wchodzę do drogerii, wywołuję, na odwrocie zapisuję „ku pamięci S. i swój nr telefonu” i wszystko w ciągu minuty.
    Zaraz zaraz, ale po co wywołuję… Nie, chyba mnie trochę poniosła fantazja- wysyłam MMS. Niech się kolega sam pofatyguje, jak chce papier 😉
    Żartuję oczywiście.
    Ale, że on naprawdę nie wiedział, czym jest klisza… tego bym się nie spodziewała.

    • Jak nie wydrukuje, to te wszystkie obrazy zapisane prądem znikną prędzej czy później. Raczej prędzej niż później znając trwałość twardych dysków i innych nośników. A film trwa 😉 Nawet jeśli niektórzy nie wiedzą, że coś takiego istnieje 😉

      • Masz rację, cyfrowe znikają… A szkoda, patrząc na stare fotografie, nad którymi pracujesz.

        • Zawsze namawiam moich klientów by zamawiali od razu też papierowe odbitki, a nie tylko cyfrowe obrazki na pendrajwach albo płytach. Nie musi to być sto zdjęć, wystarczy wywoływać kilkanaście rocznie, jedno miesięcznie, a powstanie z tego bardzo szybko album do wzruszania się w długie jesienne wieczory 😉 Co dwudziesty daje się namówić…

  3. Szacunek . Za wiedzę.
    Pozdrawiam

  4. A mój powiększalnik stoi w piwnicy. Nie wiem jak zacząć. Zbyt wiele rzeczy do przypomnienia i brak ciemni mnie zniechęca…

  5. Czuję, że będziesz miał pociechę z tego chłopca. Może kiedyś będzie wielki. A Ty możesz mu wiele przekazać.

    • Na razie był na jednych zajęciach, zobaczymy czy przyjdzie na kolejne… 😉

      • To trzymam kciuki za chłopaka.

        • Dziękuję w jego imieniu. Trochę wiedzy o fotografii przyda się nawet bardzo przystojnemu modelowi. A ten jest niezwykle fotogeniczny.

          • Masz rację, samym staniem przed lustrem nie da rady żyć. On próbuje wypełnić je wartością i zajęcia z Tobą takimi są.

          • Znam parę osób, które wybiegiem wypełniły większą część swojego życia, więc się chyba da. Zawsze to jednak przyjemniej obcować, z kimś, kto ma pojęcie o czymś więcej.

          • Zatracamy się w swojej pracy, może nawet zachłystamy, później przychodzi refleksja, samotność. Pasja, mój mały światek właśnie dla mnie potrzebnym jest prędzej, czy później.

          • Eee z tą pasją to bym nie szarżował. Wielu jej nie potrzebuje, noo chyba że za pasję uznać imprezowanie. I to niekoniecznie dotyczy wieku młodzieńczego. Znam sporo ostrych imprezowiczów w wieku emerytalnym, co to poza zabawą niczym innym się nie interesują specjalnie.

          • Straszne, bo kiedy coś szwankuje w naszej codzienności oparciem może być pasja: rower z piruetami, szlaki szczyty zdobywane, malarstwo.. Ono daje nam radość, ale i poczucie okruszka bezpieczeństwa – takiego tylko mojego światu. Warto go mieć. A kto nie ma ubogi i trudniej mu, choć nie wie o tym.

          • Problem w tym, że ten, który o tym nie wie, że mu czegoś brak, to po prostu… tego nie wie…

          • Też tak myślałam. Oni nawet nie wiedzą, co tracą i jak to jest ważnym.

          • I zdaje się, że wielu z nich jest bardzo szczęśliwych! Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Ba, nawet sam czasem myślę, że wolałbym słabiej się orientować, lżej by było znosić rzeczywistość 😉

          • Nie zamieniłabym się. Nie wiedz, co tracą i już.

          • Błogosławieni niewiedzący, albowiem oni nie oczekują wiele… 😉

          • ha ha, o nie!!

  6. Nie chciałbym komentować tego faktu zgodnie z oczekiwanym trendem – np., że młodzi nie przywiązują większej wagi do historii rozwoju hobby, któym się interesują – bo mnie się przydarzyła podobna historia, chociaż kategorie wiekowe były dokładnie odwrócone.
    Otóż w latach 80′ ub.w. zamierzałem przejąć zakład fotograficzny, którego właściciel wybierał się na emeryturę. Właściciel dobrze orientował się w starych i nowych technologiach. Miło się z nim rozmawiało o fotografowaniu na płytach szklanych i robieniu emulsji światłoczułęj, gdy jednak wspomniałem mimochodem, że już w starożytnej Grecji i Chinach „robiono” zdjęcia:
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Camera_obscura
    jego twarz stężała i spojrzał na mnie jak na wariata.
    Zresztą co tu daleko szukać, już kilkadziesiąt lat temu wykonywałem ekspertyzy fotograficzne zdjęć robionych „przez ściany domów”! Nie wiem czemu teraz to staje się sensacją.
    Podobne zdumienie wykazano niedawno w zakładzie fotograficznym, gdy poprosiłem o wykonanie dużych odbitek właśnie takiego zdjęcia (jest gorsze jakościowo, ziarno, rozmyte kontury).

    • Ja to myślę, że fotografia jeszcze nie jest hobby tego chłopca-modela. On po prostu pozuje do zdjęć i niewiele więcej, trudno więc tu mówić o fotograficznej pasji. Gdyby faktycznie fotografia była jego konikiem, to można by się dziwić, że nie wie tego, czy owego. Wszelako wiedza o tym, że istnieje coś takiego jak film fotograficzny zdawała mi się być tak powszechna, że należy raczej do kanonu spraw ogólnych takich jak, bo ja wiem… dodawanie soli do potraw. No i się zdziwiłem, że niekoniecznie jest tak jak przypuszczałem. Zmiany technologiczne najwidoczniej zaszły już tak daleko i postępowały wystarczająco szybko, by pojawiło się pokolenie ludzi, którzy o filmach nie słyszeli. Co do wiedzy rzemieślników fotograficznych prowadzących zakłady foto w PRL-u, to mam dwie grupy doświadczeń. W jednej znajdują się ludzie, dla których fotografia była pasją życia, wielką miłością i wiedzę o rozmaitych jej aspektach mieli ogromną, w tym i o camera obscura. A w drugiej grupie byli tacy, którym zakład fotograficzny służył do zarabiania pieniędzy, mieli więc taką wiedzę, która im była niezbędna do wykonywania pracy, zaś fotografią nie interesowali się wieloaspektowo, lecz wycinkowo. I w tym drugim przypadku wyobrażam sobie, że mógłby istnieć człowiek, który nie słyszał o kamerach otworkowych. Pieniędzy przecież z tego żadnych by nie uzyskał…
      Bardzo lubię fotografię otworkową i nadal ją praktykuję w wolnych chwilach. Nachodzi mnie czasem taka faza, że całymi tygodniami w plecaku mam jeden ze swoich otworkowców i głównie nim wykonuję zdjęcia. Zwykle owa faza zaczyna się tak w rejonie Światowego Dnia Fotografii Otworkowej, w którym uczestniczę, i przeciąga się na dłuższy czas 😉
      Z ubiegłego roku: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2018/05/04/swiatowy-dzien-fotografii-otworkowej/

      • Masz rację, nie wczytałem się dokładniej w historię tego chłopca, bo zakładałem, że robiono mu jakieś bardzo profesjonalne zdjęcia. A przecież dopiero od kilku lat (gdy przeskoczono problem z podwyższaniem czułości matryc cyfrowych i ich odszumianiem) profesjonaliści porzucili te swoje wielkoformatowe analogówki (od 14×18 cm. wzwyż) i zaczynają się oswajać z cyfrówkami. Więc on chyba musiał się jakoś zetknąć z filmem, może znał zamienne pojęcie błona?
        Zaintrygował mnie ten link do fotografii otworkowej. Głębia ostrości na prezentowanych zdjęciach jest faktycznie niezwykła, ale zastanawiam się dlaczego pojawiła się minimalna dystorsja poduszkowa? Kiedyś eksperymentowałem z elektronicznym podniesieniem czułości matryc i „niechcąco” wykonałem otworkowe zdjęcie sufitu, okna i części pokoju. Spróbuję to powtórzyć.

        • W fotografii modowej, to analogowych aparatów nie używa się już od baaardzo dawna (licząc kategoriami młodzieżowymi), zdecydowanie więcej niż 10 lat. Chłopiec ma lat 17, modelingiem zajmuje się od lat najwyżej trzech-czterech, więc mógł się nie zetknąć z filmami. Oczywiście w rozmowie z nim użyłem wszystkich znanych mi synonimów na określenie filmu, myśląc właśnie tak jak Ty, że może zna inne słowo. Nic z tego 😉

          Ty to musisz mieć miarkę jakąś w oku, bo ja nie dopatrzyłem się w tych zdjęciach otworkowych wspomnianej dystorsji. Ale też nie poddawałem ich nigdy żadnej analizie. Jeśli faktycznie coś tam jest, to nie mam pojęcia z czego może wynikać, no bo przecież nie z konstrukcji otworka w blasze. Kąt widzenia tego cuda jest baaaardzo szeroki, ale szkła żadnego tam nie ma więc skąd by się wzięła dystorsja? Niech tam sobie będzie jakakolwiek dystorsja, byle to fotografowanie otworkowe wciąż dawało mi tyle radości 😉

          • W latach 60/70 robiłem dość dużo zdjęć modelkom, ale wówczas nie używano pojęcia fotografii „modowej”, dlatego i teraz nie zwróciłem uwagi, że może do zdjęć modeli/ek nie trzeba używać aparatów najwyższej jakości (bo i po co? – rzadko kiedy robi się banery, do których trzeba więcej niż 20-30 Mpx). Ja dalej używam Linhof Techniki po moim dziadku (wymieniona harmonijka, optyka i nasadka tylna dzięki czemu można uzyskać maks. format płyty 32×40 cm).
            Do wykrycia dystorsji nie trzeba dobrego oka, wystarczy nakryć zdjęcie siatką analizującą, skalibrować pion/poziom, i już widać, czy to beczka, czy poduszka. Tutaj jest minimalna, ale po obcięciu brzegów nie do zauważenia. Nie wiem, czy w konkursach na otworkową można kadrować brzegi?
            Ale tutaj mnie zaskoczyłęś, bo nie widziałem dotąd zdjęć otworkowych tak dobrej jakości.

          • Współczesne lustrzanki używane na wybiegach miewają już powyżej 50 Mpx, a studyjnie to Hassel ze swoją stumegową matrycą wystarczają do większości zastosowań.

            Ten dziadkowy Linhof, to wersja z 1936, czy jeszcze z 1934? Niezawodny sprzęt.
            Zamówienia na tak duże formaty negatywów to dziś już rzadkość (przynajmniej u mnie). Kilka razy w roku trafiają mi się zamówienia na ambrotypy, ale najwyżej do formatu 18×24 cm.

            No ja wiem jak zmierzyć dystorsje geometryczne, ale w przypadku fotografowania dla przyjemności, to nie bardzo wiem, po co to robić. Zastanawiam się skąd w fotografii otworkowej mogła by się wziąć dystorsja…

            W konkursach fotografii otworkowej w życiu nie brałem udziału, więc nie mam pojęcia jakie tam mają regulaminy. Osobiście zwykle skanuję cały negatyw, łącznie z brzegami arkusza i tak też później go publikuję.

            Jakość fotografii otworkowej zależy chyba tylko od gładkości brzegów otworka, parametrów naświetlania, jakości materiału światłoczułego i staranności jego wywołania.

          • Linhof był z 1910 r., to ten metalik, ale później wymieniana była optyka, system kasetowy, i harmonijka.
            Z pewnością brzegi otworka mają znaczenie, ale nie powinny być zbyt gładkie, tylko raczej matowe. No i chyba też materiał w którym wykonano ten otworek powinien być w miarę cienki.
            No cóż, zabieram się do eksperymentów. 😉

          • Aaa, to jeden z ładniejszych Linhofów! Miałem przyjemność fotografowania nim. Ale on oryginalnie to dawał mały format negatywu, ledwie 6×9 cm. No i miał, o ile dobrze pamiętam, ledwie podwójny wyciąg miecha. W przypadku formatu 6×9 cm podwójny wyciąg wystarcza do większości zastosowań, ale już po samorobnym zwiększeniu formatu do 9×12, albo 13×18, że nie wspomnę o jeszcze większych, to podwójny wyciąg może być ciut krótki, jak chce się przypiąć dłuższe szkło. A, że to sprzęt na bieżni optycznej, to przedłużane wyciągu jest mocno problematyczne. Jak sobie z tym radzisz? A może po prostu nie potrzebujesz długiego wyciągu?

            Moje doświadczenia z otworkami są takie, że im gładsze krawędzie otworka, dokładniej wykonane, tym lepszy obraz powstaje. Otworki niewystarczająco wygładzone dawały mi obraz bardzo miękki, taki aż nadto piktorialny. Ma to swój urok, ale ja wolę obrazy generowane przez otworki o równiutkich, gładkich krawędziach.

            Co do wpływu „matowości” brzegów otworka (o ile dobrze Cię zrozumiałem) na obraz, to nie zauważyłem by taki był. Za to z pewnością na jakość obrazu ma wpływ grubość blaszki, w której wykonuje się otworek. Ja robię w najcieńszej blaszce stalowej jaką akurat mam, a potem zeszlifowuję ją przy otworku do grubości ok. 0,05 mm. Sprawdza mi się ta metoda i bardzo lubię fotografować tymi prostymi „aparatami” z paru desek albo puszce po mleku proszkowanym 😉

          • Podwójny (i większy) wyciąg miecha jest stosowany głownie do makroskopii. Dziadek jeszcze przed wojną wymienił optykę z jakiejś kamery filmowej (Leica) 35 mm. i z tyłu aparatu dodał kasetę na płyty szklane 18×24 cm. Oczywiście obiektyw przy dużych formatach nigdy nie był wysuwany nawet do połowy normalnej długości, za to tył aparatu był przedłużony o 8 cm. Jednak obiektyw dawał znacznie większy obraz, więc później mój ojciec dorobił uniwersalną kasetę do której można było nawet ładować wszystko, nawet filmy 8 mm. (! ). To dawało efekt teleobiektywu ok. 300 mm. i nadawało się do robienia zdjęć ptaków.
            Linhofa używałem do portretówek i (teraz już wiem! 😉 ) do modelingu, gdy modelki zamawiały 2-3 zdjęcia/akty i chciały je odebrać prawie natychmiast. Wtedy nie opłacało się uruchamiać Pentacon six’a (bo takim robiłem na co dzień) tylko ładowałem film do Linhofa, a w ciemni odcinałem to co trzeba.
            „Matowość” otworka z punktu widzenia fizyki jest konieczna, aby promienie świetlne nie odbijały się i nie interferowały, ale przy takich miniaturowych wymiarach może to nie ma znaczenia.
            Oprócz Linhofa mam jeszcze jedno starsze pudło do sprzedania. Jest do niego sporo dodatków, nie wszystkie opcjonalne, ale bardzo użyteczne.

          • Makrofotografia nigdy mnie nie pociągała szczególnie, choć w dorobku mam za to trochę zdjęć mikroskopowych (na zlecenie).

            Długi wyciąg miecha niezbędny jest do obiektywów o długich ogniskowych. Trzeba je przecież odsunąć odpowiednio daleko od płaszczyzny matówki by móc ustawić ostrość. Ja w swojej wiśniowej Tachiharze nie mogę zamocować niczego o ogniskowej dłuższej niż 300 mm. Zamocować mogę, ale nie mam możliwości wyostrzenia na nieskończoność. Na szczęście bardzo rzadko potrzebuję długoogniskowych szkieł.

            Zabiegu montowania w Linhofie obiektywu filmowego, to nie pojmuję, bo przecież te obiektywy mają żałosne rozmiary pola obrazowego i nie są w stanie pokryć nawet formatu 6×6 cm, a co dopiero czegokolwiek większego. Ogniskowe takich obiektywów kinematograficznych, nawet jeśli to były teleobiektywy 200-300 mm, to w przeliczeniu na formaty materiałów światłoczułych
            13×18 cm i większych stawały się obiektywami krótkoogniskowymi.

            Powierzchnia metalu z płytki otworkowej, która mogłaby odbić światło we wnętrzu obscury jest tak mała, że o blikowanie byłoby naprawdę bardzo pechowym zbiegiem okoliczności. Jak tak patrzę na te swoje otworkowe produkty, to zeszlifowany metal wystający spod czarnej taśmy, którą mam przyklejoną blaszkę do korpusu kamery, ma powierzchnię ze czterech milimetrów kwadratowych. Ponadto aby się odbiło światło od blaszki, to cokolwiek innego w kamerze musiałoby najpierw odbić światło w kierunku blaszki, a to jest zasadniczo niemożliwe, bo całe wnętrze kamery jest matowo wyczernione. Zatem po przesciu przez otworek światło nie ma już wyjścia musi podążyć w stronę materiału światłoczułego. Jak dotąd nie udało mi się na żadnym ze swoich otworkowych obrazków odnotować jakichkolwiek blików.

            Zazdroszczę Ci tego Linhofa, bo sam nie mam, a jestem z tych co lubieją mieć. Poskramiam jednak te swoje chciejstwa, bo mam już tyle rozmaitych wynalazków, że aby choć raz w roku każdym z nich zrobić jeden film, to muszę się bardzo postarać i spieszyć. A spieszyć się nie lubię 😉

    • Jeżeli masz na myśli soczewkę długoogniskową to fakt trzeba ją zdrowo odsunąć od naświetlanej błony. Ale przy teleobiektywach (min. 2-3 soczewki) o zmiennej ogniskowej ten problem odpada, bo odległość od ostatniej soczewki do błony jest stała, a długość ogniskowej oznacza porównanie do soczewki o określonej ogniskowej.

      Mój dziadek był technicznym dyrektorem w Łódzkich Z-dach Kinotechnicznych, a mój ociec gł. technologiem w z-dach remontujących sprzęt fotooptyczny. Gdy żyli to byłem ciągle egzaminowany z fotooptyki, nawet udało mi się zmontować z papieru niezły teleobiektyw (1000), ale miał duże rozproszenie, byłlekki i niestabilny, więc tylko „zdejmowałem” nim gołe panie opalające się na okolicznych balkonach. 😉
      Tego co moi przodkowie wyprawiali z aparatami też nie pojmuję, ale były to całkiem udane konstrukcje, ostatni ich „produkt” sprzedałem w 1989 r., bo przeczuwałem zmierzch fotografii analogowej. To był fenomenalny składak z obiektywem osadzonym na łożysku kulkowym (co dało możliwość obrotu w każdą stronę):
      http://foto-anzai.blogspot.com/2015/06/z-fotografia-przez-wieki-wspomnienia-i.html#comment-form
      To jest zdjęcie ze zdjęcia, zrobione przez mojego ojca w 1978 r. Niestety nie wpadłem na pomysł, aby bliżej sfotografować szczegóły. Bliżej opisałem to tutaj:
      http://foto-anzai.blogspot.com/2015/06/z-fotografia-przez-wieki-wspomnienia-i.html#comment-form

      Myślę, że chyba odkryłeś główną tajemnicę aparatów otworkowych, to doskonałe wyczernienie wnętrza. Ja jednak kilka zdjęć zrobiłem otworkowym „pod światło” i wtedy zauważyłem kilka blików. Może, gdybym zastosował osłonę przeciwsłoneczną to tego by nie było, ale wtedy aparat otworkowy i osłona wydawały mi się absurdem.

      • Nie znam zmiennoogniskowego teleobiektywu, który miałby pole obrazowe kryjące negatyw formatu 13×18 cm lub więcej. Nie znam też żadnego fotografa używającego kamer wielkoformatowych, który montowałby w nich obiektywy zmiennoogniskowe. Wszyscy fotografują obiektywami stałoogniskowymi.

        Należysz do odchodzącego pokolenia ludzi, którzy bawili się fotografią w dosłownym znaczeniu tego pojęcia – własnoręcznie. Budowaniem obiektywów, na przykład. Pamiętam jak w dzieciństwie trafiłem w jakimś „Młodym Techniku”, czy może innym czasopiśmie, na artykuł instruktażowy, jak zbudować obiektyw z wizjera (judasza) montowanego w drzwiach. Bardzo się zapaliłem do pomysłu, tyle, że autor nie napisał, gdzie można było kupić taki wizjer. W moich okolicach, ni hu-hu, nie dało się zdobyć takiego cuda. Za to kilkanaście lat temu w amerykańskim sklepie z rozmaitymi gratami optycznymi trafiła się okazja i za grosze kupiłem sporą garść soczewek o różnych ogniskowych. Miałem zabawę z konstruowaniem miękkorysujących obiektywów meniskowych i peryskopowych do fotograficznych zabawa piktorialnych. Sporo zdjęć zrobiłem tymi samoróbkami, głównie na papierze fotograficznym.

        Powiem Ci, że mnie by było bardzo żal pozbywać się takich pamiątek, jak wytwory Twoich przodków. Chyba bym je trzymał jak relikwie.

        Przy fotografowaniu pod słońce, to światło nawet bez odbijania się od wnętrza kamery otworkowej ma szansę na wygenerowanie na filmie rozmaitych optycznych figlików. Jedną z przyczyn są niedokładnie obrobione brzegi otworka. Wystarczy, że nie są dość gładkie, by w przedziwny sposób rozszczepiało się na nich światło i na zdjęciach pojawiły się jakieś takie flary i inne cuda. Ale i one mają swój urok w fotografii otworkowej.

        • Jeżeli masz w domu np. okulary +1 do +1,5 i wiesz jak sprawdzić ich ogniskową, to sam przekonasz się, że pole obrazowe wynosi od ok. 40 do 60 cm. (to zależy, czy robisz zbliżenia czy np. niebo). Obiektywów na stałe nie składałem, ale konwertery (pierścienie pośrednie) pomiędzy obiektywem, a aparatem już tak, bo wtedy obiektywy były raczej na stałe łączone z aparatem. A „rybie oko” też dość łatwo zrobić, wystarczą dwie soczewki, jedna np. z latarek (f=1 do 0,5 cm), a druga zmniejszająca np. – 2-3.
          Ten Linhof to był właściwie składak, a poszedł za dużą kasę, bo – dzięki moim przodkom – to był sprzęt niezwykle uniwersalny i o niezłej jakości.
          Masz rację, dzisiaj nikt nie bawi się kamerami wielkoformatowymi, ale w latach 1950-1970 nie były jeszcze popularne kserokopiarki, i ten przerobiony Linhof robił furorę. Aby skopiować jakiś dokument np. A4 trzeba było pierw zrobić negatyw (mikrofilm), a dopiero potem w powiększalniku pozytyw. Linhofem można było od razu naświetlić duży format papieru (zamiast negatywu) i po kilkunastu minutach klient miał kopię. Jeżeli chciał pozytyw, to można było odwrócić światła wywoływaniem, albo z papieru zrobić drugą kopię. Na pewno widziałeś takie kopie, gdzie papier jest czarny, a tekst biały.

          • Ćwiczenia z określania ogniskowej soczewki pamiętam jeszcze z podstawówki, miłe to były zabawy. Wszelako pole obrazowe tych pojedynczych soczewek okularowych to jedna sprawa, a pole obrazowe obiektywu to już inna historia. Ze względów ekonomicznych nie konstruowano obiektów małoobrazkowych, czy średnioformatowych kryjących znacząco większe pole niż 24×36 mm lub 6×9 cm. Fotografując pejzaże potrzebuję ostrości na tzw nieskończoności, więc pole obrazowe tak używanego obiektywu musi być naprawdę spore, zwłaszcza jeżeli potrzebuję użyć możliwości przesuwania osi optycznej. Żaden ze znanych mi obiektywów małoobrazkowych nie kryje niczego więcej niż 6×6 cm, więc do fotografii wielkoformatowej się nie nadają. Obiektywy do średniego formatu, kryją tylko swój format z lekkim naddatkiem, nie wystarczającym jednak by fotografować kamerą 4×5 cala z ostrością na nieskończoności. Kiedy przed laty szukałem do swojej kamery 4×5 obiektywu ultraszerokątnego szybciutko się przekonałem, że żadna firma na świecie nie produkuje takich obiektywów kryjących przynajmniej format 4×5″. Największe pole krycia z tego typu obiektywów okazał się mieć Mamiya Fish Eye 37 mm (skonstruowany do aparatu Mamiya RB 67). Kryje on klatkę 6×7 cm z pewnym naddatkiem. Mamiya RB67 jest aparatem o sztywnym korpusie, a obiektywy do takich sprzętów są tak obliczane aby ich pole obrazowe było nieco większe od przekątnej obrazu. Przekątna z negatywów Mamiyi RB67 wynosi 88 mm, zaś krótszy bok obrazu 4×5″ to 96 mm, zatem różnica nie była wstrząsająca. Po prowizorycznym zamontowaniu obiektywu Mamiyi do kamery 4×5 oraz ustawieniu go na nieskończoność okazało się, że obraz na matówce ma ciut ponad 91 mm! Po dokonaniu kilku przeróbek, m.in. pozbyciu się osłony przeciwsłonecznej zintegrowanej z obiektywem, która przysłaniała narożniki kadru 4×5 calowego, można było tym fotografować. I cała ta gimnastyka dotyczyła zaledwie formatu 4×5 cala. Co dopiero przy 13×18 cm i więcej. Ty już żaden obiektyw średnioformatowy nie uradzi.

            Używanie aparatu jako kopiarki też ćwiczyłem swego czasu – dokładnie tak jak napisałeś – papier foto do kasety, fotka, a potem papier do papieru, naświetlanie w kopioramce i gotowe. Zamierzchłe czasy 😉

            Ale dziadkowego Linhofa to bym się raczej nie pozbył, choćby przez sentyment rodzinny 😉

          • Masz rację, że do amatorskich zastosowań nie produkuje się obiektywów dających duże pole obrazowe, bo i po co? Wprawdzie spotkałem się z „Biometarem” Zeiss’a (chyba), ale jego siła światła była powyżej f/11, to jednak był to obiektyw do stacjonarnego sprzętu, i zupełnie innych zastosowań.
            Wiem, że nie możesz mi darować sprzedaży Linhofa, 🙂 ale to nie był główny aparat rodzinny, bo ten „zajechałem” mając 9-10 lat. 😉 A sentyment? No cóż, jak masz czas to przeczytaj ten post:
            http://legionypolskie.blogspot.com/2018/02/historia-pewnego-rodzinnego-stoka-i.html#comment-form
            Mój dziadek miał 3 braci i 4 siostry, wszyscy „pstrykali” zdjęcia, a jedna z ciotek nawet wybrała ten zawód, mam po nich różne cudeńka fotograficzne, m.in. szpiegowski aparat w zapalniczce. Ale to już inna historia.

          • Stołek z Twojego wpisu, to faktycznie wspaniałą i niezwykle sentymentalna pamiątka! No i ręczna robota, a to ma swoją wartość. Ach, żeby tak jeszcze zdjęcia robił… jak Linhof 😉 Serdeczności znad Bałtyku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

 
%d blogerów lubi to: