Dziś, jutro, wczoraj

Dziś mija czwarty rok od śmierci Siegfrieda Lenza. Jutro zaś skończę czytanie jego „Dezertera”, książki, której rękopis przeleżał w szufladzie kilkadziesiąt lat! Wydawnictwo najpierw ją zaakceptowało, a zaraz potem odrzuciło. Gdzieś przy biurkach ważnych ludzi podjęto decyzję skazującą powieść na pół wieku niebytu.

Nie w smak musiało być niemieckim decydentom (tak wydawniczym, jak politycznym) kreowanie dezertera z Wehrmachtu na bohatera. Tacy jak on uważani byli przez dziesięciolecia istnienia powojennych Niemiec, za zdrajców, podobnie zresztą jak Claus von Stauffenberg. Były to czasy rządów Adenauera, który popierał mit o honorowym Wehrmachcie. Nie chciano wówczas słuchać o zbrodniach żołnierzy, te mogli popełniać tylko esesmani i gestapowcy. No i masz, pojawia się Lenz i wypisuje te swoje sensacje… Dezerterzy i mordercy w Wehrmachcie – też coś! Ponoć jeden z redaktorów wydawnictwa, które początkowo miało wydawać powieść Lenza, ostrzegał autora, że może sobie tą książką bardzo zaszkodzić.

Trzeba było czekać do początku XXI wieku by niemieckie władze oficjalnie zrehabilitowały dezerterów z Wehrmachtu. Jeszcze dłużej czekaliśmy na druk „Dezertera”. W Niemczech, książka ukończona w 1951 r., ukazała się dopiero w roku 2016 roku (a jej polskie tłumaczenie dwa lata później). Powieść bardzo szybko awansowała na pierwsze miejsce list sprzedażowych niemieckich księgarń. Ponoć pierwszy nakład (35 tysięcy) wyprzedał się w kilka dni. Błyskawicznie zamawiano kolejne dodruki. W Polsce literatura niemiecka nie cieszy się wielkim wzięciem, więc nie przewiduję by „Dezerter” odniósł sukces komercyjny.

Wczoraj, w przeddzień rocznicy śmierci Siegfrieda Lenza, odbierałem nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Literackim jego imienia. Jury uznało, że warto przyznać mi II nagrodę za opowiadanie „W naszym domu”. Bardzo dziękuję Fundatorom, m.in. Siegfried Lenz Stiftung. Cieszę się.

Żałuję jednak, że nie dane mi było poznać pisarza osobiście, a przecież była okazja, gdy w 2011 r. odwiedził Polskę…

Siegfried Lenz w 1969 roku. Bundesarchiv, B 145 Bild-F030757-0015 / Schaack, Lothar / CC-BY-SA 3.0

Siegfried Lenz w 1969 roku. Bundesarchiv, B 145 Bild-F030757-0015 / Schaack, Lothar / CC-BY-SA 3.0

Reklamy

~ - autor: bfcb w dniu 2018/10/07.

Komentarze 22 to “Dziś, jutro, wczoraj”

  1. Gratulacje! Nagroda prestiżowa, więc radość tym większa. Post uświadomił mi, że do literatury niemieckiej rzadko sięgam, dlatego „Dezertera” przeczytam.
    Serdecznie pozdrawiam

    • Dzięki za ciepłe słowo. Myślę, że znajomość z Siegfriedem Lenzem lepiej jest zacząć od „Lekcji niemieckiego” lub „Muzeum ziemi ojczystej”.

  2. Gratuluję kolejnej nagrody!!:)
    Ja tak jak Ultra, rzadko sięgam po literaturę niemiecką. Myślę, że za bardzo nasiąknęłam tematyką wojenną w dzieciństwie. Ale może….kiedyś….

    • Dzięki za gratulacje. Ci Niemcy-pisarze, to nie tylko o wojnie piszą. Owszem, „Dezerter” Lenza jest wojenny, ale wiele powieści i jego i innych autorów wojnę mija z daleka.

      • Ale oczywiście że nie. Przypomniałam sobie właśnie, że nawet kiedyś fajną książkę niemieckiej autorki czytałam. Taka lekka komedyjka. Więc nie tylko. Myślę, że jednak ten właśnie stereotyp bardzo we mnie siedzi.

        • To pewnie i rosyjską literaturę ciut omijasz… Warto się powolutku pozbywać tych barier.

          • To wygląda tak, że gdy o tym myślę, to uważam, że barier nie mam, ale literatury niemieckiej i rosyjskiej rzeczywiście jakoś nie biorę sama z siebie. Chyba, że ktoś mi coś poleci. Może to więc nie bariery ale przesyt tematyką? W każdym razie jeśli chodzi o rosyjską, czytałam niedawno Saszeńkę.

          • Mam wrażenie, że i u Rosjan, i u Niemców w literaturze jest taki rozrzut tematów, że przesycić się jest trudno.

          • Może i tak, ale z drugiej strony wszystkiego przeczytać się nie da. Na moim czytniku jest 1000 książek, nie ma szans, żeby przeczytała je wszystkie:-) Życia mi zbraknie. A przecież ciągle wychodzą nowe.

          • To jasne, niestety, że się nie da. Ja już od paru ładnych lat przeprowadzam bezwzględną selekcję tego co czytam.

          • Ja też!! I wiesz co, kiedyś jak brałam do ręki książkę, o której się dużo mówi, to starałam się ją przeczytać do końca. Czasem ją po prostu męczyłam. Taka pozostałość po polonistyce chyba. Dzisiaj daję książce szansę przez chwilę, ale jak mnie nie zaciekawi, po prostu usuwam z czytnika. I z życia:)) Wyjątkiem był Marquez, o czym już pisałam. Nie wiem dlaczego w sumie, może właśnie ze względu na wiek głównego bohatera. Taki szacunek dla starszego człowieka:-))))

          • Mi pozostało czytanie do końca. Nawet jeśli się nie podoba – czytam do upadłego. Na szczęście robię to szybko, więc strata nie jest wielka.

          • Moja średnia czytania nie jest powalająca, ze względu na brak czasu. W porywach do 40 minut dziennie, czasem mniej. Ale nudnymi książkami już sobie głowy nie zaprzątam.

          • Ja mam swój „okna” czytelnicze w czasie. Zawsze w drodze do pracy i z pracy – jakaś godzina dziennie. Plus obowiązkowo w toalecie – kwadransik zleci. Plus kwadransik w oczekiwaniu na ugotowanie się ryżu, kartofli, kaszy etc. Plus pół godzinki w wannie. Plus kwadransik przed snem. To codzienne rytuały. A dodatkowo w różnych okolicznościach takich jak: czekanie w kolejce na rejestrację do lekarza, czekanie w kolejce pod gabinetem lekarskim, czekanie w kinie na początek seansu, w kawiarni w oczekiwaniu przybycie kogokolwiek na spotkanie. Kiedym ostatnio statystował we filmie, to był rajski czas na czytanie – kilka godzin dziennie z książką w oczekiwaniu na kolejne wywołania na plan zdjęciowy 😉

          • Ja właśnie dzięki możliwości czytania polubiłam kolejki. Oczywiście nie wszystkie i nie wszędzie. Ale te, gdy mogę sobie usiąść i w ciszy poczekać, naprawdę doceniam:)

          • Ja nauczyłem się w kolejkach przechodzić w tryb zen i żadna mi nie straszna, jeśli tylko mam książkę 😉

          • Dodam, że właśnie nie lubię stać i czytać w autobusach. Po pierwsze, żeby nie upuścić czytnika, bo się może zepsuć. Po drugie, żeby tymże czytnikiem nie dać komuś w zęby, jak autobus wejdzie ostro w zakręt.

          • No tak, ja nie mam tego problemu – książka się nie potłucze. Krzywdy też nie zrobi bliźniemu, bo mam głównie w miękkich oprawach 😉

          • No i to jest zaleta książki. Wiesz ile razy zasypiajac dostałam kindlem w twarz ?:-) książką w twardej oprawie też można, ale już ta w miękkiej jest bezpieczna.

          • Rzadko kupuję w twardych oprawach. Przede wszystkim dlatego, że są droższe, a ja groszem nie śmierdzę prawie nigdy 😉

          • Ja nie kupuję dlatego, że droższe, ale też dlatego, że niewygodne w czytaniu.

          • Ale trwalsze…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: