Cztery dni „filharmonika”

Na planie „Całego szczęścia” statystowałem cztery dni zdjęciowe. Dłuuugie dni i sporo godzin nocnych. Zmęczony jestem jak pies pociągowy opasłego Inuity wiozącego na party swoją wielodzietną rodzinę. Czy było warto? Wiadomo, że ze względów materialnych, to nie, ale doświadczenie uznaję za ciekawe socjologicznie, ale i cenne warsztatowo. Miałem na planie mnóstwo czasu na podpatrywanie aktorów, statystującego koleżeństwa i całego personelu technicznego. I starałem się wykorzystać tę okazję maksymalnie.

Największe wrażenie zrobiło na mnie zawodowe podejście, poziom koncentracji i energetyczne zaangażowanie „drugiego”, którym był Michał Ozierow, powszechnie nazywany Ozim. Tak sobie myślę, że bez niego tworzenie filmu trwałoby zdecydowanie dłużej.

Drugim odkryciem był dla mnie Maks Balcerowski, który mimo nader młodego wieku, zachowywał się na planie dojrzalej niż połowa statystów, paru epizodystów i niejeden aktor. Jak on wytrzymywał te dziesiątki dubli, zwłaszcza w godzinach nocnych, to ja nie wiem. Bywał naprawdę mocno zmęczony, a mimo to stawał przed kamerą i bardzo się starał sprostać oczekiwaniom, które między dublami przekazywał mu Tomasz Konecki.

Zaskakująco serdeczne okazało się podejście do statystów Piotra Adamczyka. Witał się ze wszystkimi, którzy tworzyli ludzkie tło w jego pobliżu. Mimo sporego zapracowania znajdował czas na rozmowę i żarty. Frapująca była też jego wielka ciekawość wszystkiego. Niebywale był wszędobylski i dociekliwy. No i wykazywał się sporą kreatywnością – wciąż podsuwał reżyserowi nowe pomysły rozwiązań scenicznych.

Prócz wspomnianego wyżej Piotra Adamczyka, miałem okazję spotkać, przy okazji wspólnych zdjęć lub w obozie, Izabelę Dąbrowską, Romę Gąsiorowską, Rafała Rutkowskiego, Tomasza Sapryka, Jacka Borusińskiego, Pawła Koślika, Joachima Lamżę, Marietę Żukowską i Joannę Liszowską. Kontakty z kilkorgiem z nich były miłe.

W marcu przyszłego roku z pewnością nie pobiegnę do kina na premierę filmu, w którego tworzeniu miałem swój malutki udział, bo po prostu nie jest to ten rodzaj kinematografii, który by mnie pasjonował. Niemniej, jak już się pojawi w internetach, to sprawdzę, czy ostało się w wersji finalnej choć jedno ujęcie z moim statystowaniem. Jakbyście mieli okazję obejrzeć wcześniej, to dajcie znać, czy uchował się w filmie mój występ. Szukajcie na ekranie „filharmonika” przemykającego po Filharmonii Kaszubskiej z altówką, albo popijającego w „Busoli” dżin z tonikiem, albo pomagającego koledze z jazzowego zespołu w transporcie i montażu perkusji, albo bujającego się obok zaimprowizowanej sceny przy rzucewskiej plaży, w rytm jazzowych nutek wypuszczanych z instrumentów przez innych kolegów „filharmoników” – Piotra Adamczyka, Jacka Borusińskiego, Rafała Rutkowskiego i najprawdziwszego perkusistę jazzowego, Romana Ślefarskiego.

Przyjemne było całe to statystowanie, ale się skończyło wczoraj ciut przed drugą w nocy. Całe szczęście…

 

Reklamy

~ - autor: bfcb w dniu 2018/09/04.

Komentarzy 18 to “Cztery dni „filharmonika””

  1. ot przygoda 😉

    • Grzech nie skorzystać z możliwości podpatrywania od kuchni czegoś, co się zwykle ogląda z drugiej strony. Zwłaszcza jeśli plan się fatyguje niemal pod sam nos 😉

  2. Wow, będziesz sławny!!:))))
    Ja na pewno obejrzę i będę Cię w takim razie wyglądać:))) Lubię polskie komedie romantyczne, jak przystało na ten gatunek nie zawsze wysokich lotów, ale przecież nie o to w nich chodzi. Dla mnie to odmóżdżacz. Jak jestem zmęczona, mam dosyć życia, problemy i inne bolączki, to taki film jest idealny! Thriller psychologiczny mógłby się stać przysłowiowym gwożdziem do trumny, komedia ma szansę mnie zrelaksować:-)

    • Jak znam tryb powstawania filmów, to wytną 3/4 epizodów z moim udziałem 😉 Noo ale może uchowa się jakiś drobiazg. Jeśli planuję odpoczynek emocjonalny przy filmach, to zdecydowanie wybieram jednak Monty Pythona albo Chaplina, a romantyczne komedie omijam dużym łukiem, za mało mnie śmieszą 😉

      • Moja córka kiedyś statystowała i jej nie wycięli. Masz szansę:-)

        • Się zobaczy, na jedną scenkę jest szansa, bo kręciłem się w niej przy siostrach bliźniaczkach, które wpadły w oko reżyserowi i bardzo chciał je mieć na planie.

          • Charakterystyczne dziewczyny, taki dodatkowy smaczek….artystyczny.

          • Troszkę się spinały na planie te moje koleżanki „filharmoniczki”, no ale wiadomo – bliźniaczki są niepodrabialne 😉

      • O mój Boże, nie doczytalam o tym Pythonie i Chaplinie. Nie dałabym rady nawet 5 minut….:-)

        • Wiadomo, co człowiek, to gust 😉 Jak ty z Montym, tak ja mam z romanticznymi 😉

          • Z tymi romantycznymi to odskocznia, najbardziej lubię sensacyjne, psychologiczne, thillery ale nie horrory:) Więcej rzeczywistości niż fikcji, chociaż tutaj też było kilka odstępstw od reguły.

          • Ja właściwie oglądam prawie wszystko. Wyjątkami są musicale, komedie romantyczne, produkcje bolywoodzkie, i rzeczy, które nie wiem jak nazwać – patrykovegowopodobne.

          • Ja zapomniałam o obyczajowych.
            A czasem taki zwykły obyczajowy film, który wydaje się o niczym, okazuje się, że opowiada naprawdę ciekawe historie i wolę je niż krwawe mordobicie. Tak naprawdę, to film po prostu musi mieć to coś co lubię, fajnie jest jak ,ma dobre dialogi, fajnie jak komedia naprawdę śmieszy. Kilka razy w życiu udało mi się być na komedii, w trakcie której w kinie ludzie naprawdę ryczeli ze śmiechu. Jedna to na pewno „Wybuchowa para”. Do tej pory mile wspominam ten film.

          • Niegłupie obyczajówki oglądam pasjami, podobnie komedie sensacyjnie, zawsze z nadzieją, że będą zabawne przynajmniej w 20% jak była „Zabójcza broń”.

          • O właśnie, „Zabójcza broń” była the best, pierwsza część zwłaszcza.

          • Pełna zgoda 😉

          • A ja własnie przeczytałam wywiad ze Stenką i zobacz co ona powiedziała akurat w temacie naszej rozmowy: „Cały świat robi komedie romantyczne. Umówmy się, tu nie chodzi o wielką sztukę. Wszyscy o tym wiemy. To jest po prostu bajka dla dorosłych. Każdy z nas ma w środku swoje dziecko, które pielęgnuje. Choć nie wszyscy chcą się do tego przyznać. To dziecko chce oglądać bajki!”

          • Prawdę powiedziała Stenka, tyle, że bajki można opowiadać na bardzo różne sposoby. Ta metoda komediowo romantyczna mnie nie pasuje. Ja wolę ten sposób z „Brzdąca”, z „Louise nad morzem” (Jean-François Laguionie), czy z ostatniego Terry’ego Gilliama.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: