Reanimacja czterdziestolatków

To było jakieś czterdzieści lat temu. To było dokładnie czterdzieści lat temu. W lipcu to było. A dokładnie – dwudziestego piątego lipca. Dostałem od dziadka imieninowy prezent. Ze wszystkich prezentów jakie od niego dostałem pamiętam tylko ten jeden. Nie wiem czemu nie zapamiętałem żadnego z innych dziadkowych podarków. Nie wiem też, co skłoniło go by kupić właśnie to, co zaskoczony wyjąłem z pudełka.

Aparat! To był aparat fotograficzny! Musiałem chyba coś wspominać w domu, że go dostałem. Ale skąd w ogóle się dowiedziałem o fotografii? Może Adam Słodowy przedstawiał jakąś fotograficzną konstrukcję w swoich programach? Kompletnie nie mam pomysłu co do inspiracji. Jest jednak faktem niezaprzeczalnym, że 25 lipca 1977 roku dostałem pierwszy w życiu aparat fotograficzny!

Ami 66 zapakowany w pudło z grubego kartonu, na którym widniała zajmująca całe wieczko czarno-biała litera „a”. Czarno-biała, bo tworzył ją czarny kształt podziurkowany białymi kółkami, jak z bardzo grubego rastra. A może to nie było nawiązanie do rastra lecz do nadruku naniesionego na frontową część obiektywu. Nadruk, jak sądzę, miał przypominać z daleka komórki światłomierza selenowego. Ot, taki dizajnerski pomysł.

Czasem wydaje mi się, że wciąż pamiętam zapach tego aparatu, charakterystyczną woń styropolu. I to, że był lekki, nawet w odczuciu ośmiolatka. Wiem na pewno, że razem z aparatem dostałem rolkę filmu. Jakiego? Znając ówczesne realia naszego kraju był to jakiś Fotopan, choć możliwe, że trafił mi się któryś z filmów ORWO. Przypominam sobie czerwoną barwę papieru zabezpieczającego film przed naświetleniem. Zarówno Fotopany, jak filmy i ORWO miały papier w tym kolorze. Zatem zagadki pierwszego filmu już nie rozwiążę. No a najgorsze jest to, że nie wiem, czy udało mi się zrobić tym aparatem jakąkolwiek fotografię. Czy w ogóle ten pierwszy negatyw trafił do wywołania? Kiedy dostałem aparat, dziadek jeszcze jakoś funkcjonował, choć już wiedział, że umiera na raka. Wkrótce jego stan szybko się pogorszył. A rok później nie żył. Być może nie miał głowy i sił do zajmowania się zlecaniem wywoływania filmu z mojego aparatu.

Przeglądając stare zdjęcia z naszego domu znalazłem jedną odbitkę, która mogłaby pochodzić z tego filmu. Stykówka 6×6 cm z charakterystyczną winietą i nieostrościami. Jest też lekko poruszona, a o to niewprawnemu, młodocianemu fotografowi było łatwo przy aparacie mającym do dyspozycji jeden, dość długi czas otwarcia migawki (ok. 1/50 – 1/60 s.). Na wspomnianej fotografii widać dziadka pracującego w pasiece. W berecie, bardzo szczupły, wychudzony przez chorobę. Do pszczół chodził tak długo jak dawał radę. Może to ja zrobiłem to zdjęcie? Nie wiem. Bardzo bym chciał.

Czemu o tym wszystkim piszę? Bo szukając czegoś w kartonach ze starym sprzętem, wyjąłem ten właśnie imieninowy aparat. Lekko zakurzony, z urwanym zaczepem klapy zakładania filmu, z zastałą migawką. W dwie godziny doprowadziłem go do porządku. A potem wyjąłem z lodówki film z tej samej epoki – ORWO NP22. Termin przydatności minął mu w kwietniu 1977 r. Oczywiście wiem, że fotografowanie na tak bardzo przeterminowanych filmach niesie ze sobą ryzyko niepowodzeń, ale co tam, nie takie niepowodzenia w życiu znosiłem. Byłem więc gotowy na wszystko.

A czego się mogłem spodziewać po takich pradawnościach włożonych do aparatu? Na przykład spadku czułości emulsji. Czterdzieści lat przeterminowania, mogło skutkować spadkiem światłoczułości nawet o połowę. Także utrata kontrastu, to normalna rzecz po tak długiej hibernacji. Niewątpliwie mogłem się liczyć też ze wzrostem wielkości ziarna, zwłaszcza, że nie wiedziałem w jakich warunkach film był przechowywany wcześniej. U mnie, kiedy tylko go dostałem, trafił do lodówki, ale gdzie go trzymał poprzedni właściciel, to zupełnie nie mam pojęcia. Nie dziwiłbym się zadymieniom emulsji, prześwietleniom przy brzegach filmu i rozmaitym przedziwnym smugom. Ale w ogóle mnie to nie odstręczało. Mimo to, założyłem go do aparatu i poszedłem na krótki spacer.

Jakże przyjemnie się maszeruje z aparatem, który waży pewnie mniej niż 20 deko! Dwanaście klatek zleciało jak z bicza strzelił. I muszę wam powiedzieć, że fotografowanie Ami 66 to czysta przyjemność, wręcz zabawa. Do wyboru zaledwie dwa czasy migawki 1/50 sekundy i „bulb” – statywu ze sobą nie brałem, więc migawkę ustawiłem na symbol „M”, oznaczający właśnie 1/50 sekundy. Dwie nastawy przysłon do wyboru –“ „słoneczko” (f16) albo „chmurka” (f8). A, że warunki oświetleniowe w ciągu spaceru miałem dość dynamicznie, to przełączałem się co chwilę ze „słoneczka” na „chmurki”. Żadnego mierzenia światła, żadnego ustawiania ostrości, bo wszystko co powyżej 2 metrów od płaszczyzny filmu powinno być przy tym jednosoczewkowym (menisk) obiektywie ostre. Jaka to „ostrość”, to wiadomo – jak to przy meniskach.

Po powrocie film natychmiast trafił do koreksu. Trudno się spodziewać, by materiał przeterminowany o 40 lat zachował pełną jakość. By się przekonać jak jest naprawdę, wykonałem dość szybką i niechlujną obróbkę chemiczną filmu, bo też nie nastawiałem się na jakieś rarytasy wizualne. Wstępne namaczanie w wodzie – 5 minut, potem 11 minut wywoływania w roztworze R09 o temperaturze 20 stopni (koreks kręcił się przez cały ten czas na maszynce do obracania). Przerywanie zaordynowałem w wodzie na minutkę, potem 7 minut utrwalania w U1, a w końcu 20 minut płukania najpierw w kranówce, a finalnie jeszcze w wodzie demineralizowanej. Suszenie, cięcie i rzuciłem się do oglądania filmu.

Utrata czułości –€ wiadomo, utrata kontrastowości, też się tego spodziewałem, zadymienia tu i ówdzie – i na młodszych filmach mi się trafiały, ziarno –€ wcale nie aż tak wielkie jak się obawiałem. Najgorsze są smugi ciągnące się w poprzek kadrów, co centymetr-dwa, przypominające zacieki. Jednak na zacieki są zbyt regularne i trudno je uzyskać przy ciągłym obracaniu koreksu w trakcie wywoływania. Najważniejsze, że jest obraz. Następną rolkę wywołam starannie i postaram się by nie była już tak bardzo przeterminowana.

Będzie następna rolka. Właśnie tak, zamierzam jeszcze fotografować swoim prezentem sprzed czterdziestu lat.

Czego i wam życzę.

 

Ami66sm

Czterdziestolatek pierwszy

ORWONP22_1977

Czterdziestolatek drugi

Amii66_01asm

Efekty współpracy czterdziestolatków

Amii66_02asm

Efekty współpracy czterdziestolatków

Amii66_03asm

Efekty współpracy czterdziestolatków

Reklamy

~ - autor: bfcb w dniu 2017/07/30.

komentarze 4 to “Reanimacja czterdziestolatków”

  1. Ciekawe, czy byli w PRLu dostepny filmy ORWO?

    • Były dostępne, ale rzadko pojawiały się w sklepach. Choć trudno było je kupić, mnie się kilkanaście razy udało nabyć zarówno filmy czarno-białe, jak i negatywy barwne oraz diapozytywy.

      • jasne.
        u nas orwo chrome i orwo color byli zawodowymi standartami, ale czarni-biale orwo zobaczyl juz po padzieniu mura. Bylem szkowany i zachwycony. Tasma dawala taki fantastyczny ton, ze chcialem plakac

        • Do dziś z przyjemnością fotografuję na filmach 0RWO NP20 i NP22, których termin przydatności minął w 1990-1992 roku. Mam ich malutki zapas. Przy filmach 120 i 9×12 efekty nadal są całkiem dobre.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: