Mój pierwszy raz… po raz czwarty

Po mało przyjemnych przygodach z fotograficznymi laboratoriami wywołującymi moje negatywy barwne, odgrażałem się, że w końcu się zdenerwuję i kupię sobie jakiś mały procesorek i sam zacznę wywoływać w procesie C-41 oraz E6. Wspominałem o tym tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2014/04/17/dosc-tego-drapichrusty/

No i kupiłem procesor Jobo CPE2. Stary dość, lecz wciąż w pełni sił. Prócz przygód z filmami porysowanymi przez maszyny przeciągowe w laboratoriach pchnęła mnie do tego kroku również pogarszająca się ciągle jakość diapozytywów, które otrzymywałem wywołane przez indywidualnych laborantów z różnych krańców Polski. Kiedy raz, drugi i trzeci dostałem slajdy niedowołane, lub z paskudną purpurową dominantą, prawie się rozpłakałem. I to nie z powodu straty pieniędzy wydanych na kupno filmów i ich wywołanie, a bardziej z powodu utraconych (w jakiejś części) zdjęć. Nie żeby to były zaraz jakieś Lindberghi czy Adamsy, ale i zwykłych pamiątkowych landszaftów żal. Zwłaszcza, że Bóg raczy wiedzieć, kiedy, lub czy w ogóle, dane mi będzie raz jeszcze odwiedzić uwiecznione na slajdach miejsca.

Postanowiłem zatem, że trzy razy to dość i czwarty raz, to już sam sobie wywołam slajdy. Mam już procesor! Przyjechał w najlepszym z możliwych momencie. Po pierwsze dlatego, że właśnie wtedy z powodu kontuzji (o niej tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2014/06/30/w-efekcie-kontuzji/) siedziałem trzy tygodnie w chałupie. A po drugie dlatego, że nazbierało mi się przez ostatnie miesiące jakieś 12 rolek slajdów czekających cierpliwie na wywołanie. W sam raz tyle by zużyć litr czteroroztworowego zestawu chemikaliów Tetenala do procesu E6.

Przybyłą kurierem maszynerię natychmiast odpakowałem, doczyściłem, zalałem wodą, sprawdziłem działanie termostatu i obrotów silnika. Procesor działał jak szwajcarski zegarek. Czas było zebrać myśli i doświadczenia w wywoływaniu diapozytywów.

Slajdy wywoływałem już kiedyś, ale kiedy to było, i co to było za wywoływanie? Szkoda gadać! Pierwszy raz z diapozytywami zaliczyłem w ciemni zielonogórskiego Domu Harcerza, w roku bodajże 1988. A były to enerdowskie Orwochromy UT, na których zapisałem wiewiórki jakieś, muchomorki, czy inne żwirki. Wyszły elegancko, ale tylko dlatego, że czasów i temperatur pilnował mi instruktor. Pozostałe moje dwa razy ze slajdami razy liczą się jeszcze mniej, bo cała moja aktywność ograniczyła się do umieszczenia filmów maszynie, która wszystko zrobiła sama, a w końcu głośnym popiskiwaniem wezwała mnie do odbioru „dzieła”. I z takim właśnie „doświadczeniem” przystępowałem do wywoływania slajdów. Po raz czwarty.

Stresu trochę było, bo to wiadomo, diapozytywy to nie to samo co czarno-białe negatywy, przy których pewna niechlujność pomiaru czasu, czy utrzymywania właściwej temperatury nie powodują bardzo dramatycznych zmian w obrazie. Slajdy wymagają utrzymywania temperatury z dokładnością do 0,3 stopnia. Po przebrnięciu przez pierwszy wywoływacz, wywoływacz barwny, wybielacz utrwalający, stabilizator, oraz przedzielające je kąpiele płuczące wyjąłem z koreksu pierwszy film. Okazał się być dość mocno niedowołany. Zatem od nowa – druga rolka. Już lepiej, ale i ten film był trochę niedowołany. Przy trzecim odetchnąłem z ulgą – udało się! Przy kolejnych też jakoś szło – lepiej niż gorzej. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że wywołane przeze mnie filmy wyglądały lepiej niż te, które wracały do mnie po wywołaniu od fachowców.

Wszystkimi wywołanymi tego dnia filmami były przeterminowane o trzy lata Astie, a naświetlałem je Mamiyą 6 MF bez mierzenia światła zewnętrznym światłomierzem. Zdjęcia zrobiłem w Niedzielę Palmową podczas „próby” wejherowskiego misterium pasyjnego. Z tego samego misterium zamieszczałem już czarno-białe fotografie tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2014/04/14/nie-ten-dzien-ale-miejsce-wlasciwe/.

Skanując slajdy na potrzeby tego tu internetowego notesika, kolejny raz przekonałem się jak bardzo  nie lubię tej czynności. Skanowanie mnie nudzi i już – nic nie poradzę!. I jeszcze się przekonałem, jak bardzo różni się to co widzę przez lupę na podświetlarce, od tego co wychodzi ze skanera. Może to kwestia braku umiejętności, a może używania płaskiego skanera. Nie planuję jednak ani dodatkowej nauki, ani zakupu czegoś skanera bęmbowego.

Wolę załadować slajdy do magazynka, odpalić wieczorem projektor, otworzyć butelczynę i siedzieć sobie z żoną do późna. Czego i wam życzę.

Nowy nabytek w ciemni - procesor Jobo CPE 2

Nowy nabytek w ciemni – procesor Jobo CPE 2

 

Końcówka filmu Fujichrome Astia 100F; fotografowano Mamiyą 6MF; skanowano Epsonem V 700

Końcówka filmu Fujichrome Astia 100F; fotografowano Mamiyą 6MF; skanowano Epsonem V 700

Reklamy

~ - autor: bfcb w dniu 2014/07/06.

Komentarze 3 to “Mój pierwszy raz… po raz czwarty”

  1. […] em: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2014/07/06/moj-pierwszy-raz-po-raz-czwarty/ […]

  2. […] jego wzrok padł na karton z procesorem do wywoływania filmów (pamiętacie, pisałem o nim tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2014/07/06/moj-pierwszy-raz-po-raz-czwarty/). Oooo, Jobo sobie kupiłeś? Ale po co Ci on, przecież można oddać filmy do wywołania w […]

  3. […] (220) kosztowało mnie tam niespełna 20 PLN. Od tego czasu procesor Jobo (o którym było tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2014/07/06/moj-pierwszy-raz-po-raz-czwarty/ ) wyjmowałem już tylko do wywoływania negatywów barwnych w procesie C-41, bo takie filmy […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

 
%d blogerów lubi to: