Po swojemu

Znów to samo, przyszła jesień, a wraz z nią impreza integracyjna. A ja jestem raczej gościem aspołecznym, jak widzę w swoim bezpośrednim pobliżu więcej osób niż trzy, to spada mi poziom radości. I tak przecież nie za wysoki. Dlatego imprezom integracyjnym mówię moje stanowcze nie. Przez jedenaście lat organizatorzy wyjazdu kusili, namawiali, sugerowali, naciskali. A ja, zamiast pakować się z zespołem pracowniczym do autobusu i udawać się na integracyjne uciechy, przychodziłem do pracy i grzeczniutko w niej siedziałem do samej szesnastej.

W tym roku pojechałem. Uprzednio jednak załatwiając sobie u najgłówniejszej organizatorki, jednoosobowy pokój. Oczywiście ani nie pojechałem autobusem, ani nie wyruszyłem o 9.00 jak reszta ekipy. Wystartowałem na długo przed świtem, koleją. Uznałem, że wyjazd integracyjny to dobry sposób by bezinwestycyjnie fotografować otwarte morze rankiem i o zmierzchu. Bo tak na co dzień, to mnie nie stać na najmowanie sobie noclegu w pobliżu otwartego morza, po to by fotografować. Pomyślałem więc, że skoro nocleg i wyżywienie będą opłacone, to taka okazja może mi się już nie powtórzyć. Wyszło więc na to, że taka wyjazdowa „integracja”, to idealna sytuacja dla ubogiego fotografisty.

Dojechałem na Hel szczęśliwie i mimo ciemności bezproblemowo odnalazłem hotel, w którym nasza załoga miała się integrować. Trudno było go przeoczyć, molocha jednego. Wlazłem do środka, by przed częścią fotograficzną pozostawić w hotelu zbędne rzeczy, czyli marynarkę i koszulę, które miały mi posłużyć na wieczornej kolacji firmowej jako przebranie. Do swojego pokoju się udać nie mogłem, bo logowanie przewidziano na godzinę 14.00.

Moje koleżeństwo miało się pojawić na miejscu dopiero po 10.00, a zaraz po przyjeździe mieli się dostać w ręce wykwalifikowanej kadry integracyjno-animacyjnej. Ja, jako, że nie przewidywałem udziału w zabawach grupowych mogłem spokojniutko wybrać się na plażę, by czekać na dobre światło. A gdyby światło nie było przyzwoite, planowałem pospać lub przynajmniej polegiwać się długo na plaży. Do hotelu zamyślałem wrócić nie wcześniej niż na obiad, czyli na 14.00. I się udało.

Światło stopniowo robiło się ładne, choć początkowo, jeszcze w ciemnościach, bure chmury nie wróżyły niczego przyjemnego. Wywlokłem z plecaka Tachiharę i resztę foto-klamotów, rozstawiłem statyw i czekałem na rozwój sytuacji. Od czasu do czasu podnosiłem się leniwie z karimaty by zmienić film, przekadrować, zmierzyć światło i zwolnić migawkę. Wziąłem ze sobą z domu tylko dwa rodzaje filmów, bo i po co więcej. Trzeba w końcu zużyć sporo przeterminowane Acrosy i znacznie świeższe, choć też już po terminie, Velvie 100. Westchnąłem sobie przy wyjmowaniu ich z plecaka, bo to już moje ostatnie filmowe ładunki zapakowane w Quickloady. Szkoda, że parę ładnych lat temu zaprzestano takiego konfekcjonowania filmów. Bardzo to było dla fotografistów wygodne, lekkie, poręczne, no i kurzoodporne! I komu to przeszkadzało?!

Fotografowałem tak mniej więcej do 10.00, kiedy światło zrobiło się już nieznośnie ostre. Przez te trzy godziny, chyba ze sześć klatek zrobiłem. A potem zaległem na karimacie i wylegiwałem się do południa. Zdaje mi się, że nawet troszkę posypiałem. A w południe znalazło mnie na plaży moje korporacyjne koleżeństwo. Na szczęście nie zeszli się całą setką, bo tego to bym nie zniósł. Pojawiło się kilka zaledwie dziewcząt, które jednak i tak narobiły sporego radosnego hałasu. Zdziwiły się i ucieszyły, bo nie wiedziały, że ja w ogóle będę na wyjeździe integracyjnym, zwłaszcza, że nie było mnie w autobusie. Przyzywyczaiły się przez lata, że nie bywam na integracjach. Ja zaś faktycznie swój udział w wyjeździe kamuflowałem do samego końca. Prócz głównej organizatorki, którą poprosiłem o dyskrecję, to nikt tak naprawdę nie wiedział, czy jadę, czy nie jadę.

Dziewczęta znalazły mnie leżącego na tej plaży i się zaczęło – a co tu robisz, a jak przyjechałeś…. Nie dały sobie wytłumaczyć, że mnie tu morze wyrzuciło na brzeg. Ale generalnie radość była taka, jakbyśmy się z rok nie widzieli. Miło było zostać tak ciepło przywitanym przez ludzi, których ostatni raz widziałem poprzedniego dnia o 16.00. Potem zauważyły Tachiharę na statywie – ajfony poszły w ruch (patrz załączony obrazek udostępniony dzięki uprzejmości autorki, koleżanki Sylwii). Wyglądało to, jak klasyczne pięć minut dla fotoreporterów na jakimś festiwalu. Dziewczęta obfotografowały mój aparat ze wszystkich stron, poświergotały i poszły w swoją stronę. Ja zaś leżałem dalej. W słodkim błogostanie.

Zebrałem się w końcu, a wędrując do hotelu napotkałem na starszą wiekowo parę, która zdaje się śledziła wcześniej moje poczynania na plaży. Zatrzymali się, a pan z życzliwym uśmiechem zapytał, jak wyszły mi zdjęcia. Trochę się zacukałem, bo nie mogłem uwierzyć, że mój drewniany aparat naprawdę mógł się komuś wydać cyfrakiem. Oddałem jednak uśmiech i zgodnie z prawdą objaśniłem, że nie wiem jakie będą zdjęcia, dowiem się jak wywołam filmy. I wtedy pan spacerowicz upewnił się: „Aaaa, to to nie jest cyfrowy aparat? Myślałem, że on tylko wygląda na taki stary sprzęt. Bo wiem pan, robią teraz różne takie nowoczesne sprzęty, które wyglądają na stare”. Przyznałem mu rację, bo widziałem już najnowszego Nikona nieźle udającego FM 2. Heh! To faktycznie dziwne, że żaden inżynierek pospołu z marketingowcem o hipsterskim zacięciu, nie wpadł jeszcze na pomysł by w drewniany korpus miechowej kamery wielkoformatowej wmontować cyfrowy przetwornik obrazu i całą resztę tej elektryki fotograficznej. To by dopiero było!

Potem zjadłem hotelowy obiad, zalogowałem się w swojej ekskluzywnej jedyneczce, poszedłem na parę głębszych, bo przyznano wszystkim uczestnikom kuponik do wykorzystania w barze. Na rozgrzewkę uraczyłem się dwiema miarkami dobrze zmrożonej czystej Finlandii. A ciut później, lekko zaskoczony zauważyłem, że bufet ma bardo przyzwoitego burbona z destylarni Woodford. Miło, że hotel miał wystarczającą liczbą gwiazdek gwarantującą taki smakołyk. Co prawda liczyli sobie po 40 PLN za jedną miarkę, więc na wiele to z przydziału pozwolić sobie nie mogłem. Może to i dobrze, bo przecie się jeszcze na wieczorne zdjęcia wybierałem.

Aby dać alkoholowi odparować, wróciłem na chwilę do pokoju. Czekałem też na przed- i pozmierzchowe światło. A potem statyw w garść, plecak z Tachiharą i osprzętem na garb i jazda do portu. Było przyjemnie – ładne światło, pełen spokój i luz. Naświetliłem po parę sztuk Velvii 100 i Acrosa normalnie i parę przez gruby filtr szary, przy którym wychodziły czasy rzędu 2-3 minuty. Długi czas naświetlania wygładził nieco morze i chmury. Było tak przyjemnie, że właściwie mógłbym nawet nie fotografować. Wystarczyłoby mi samo siedzenie na falochronie i wgapianie się w zachodzące słońce.

Już mocno po zmroku wróciłem do hotelu. Czas już był na wdzianie przebrania na  wieczorne hulanki. Zarzuciłem marynarę i polazłem. Szybko znalazły się pod osoby, które lubię. Miałem do kogo gębę otworzyć. Zjedliśmy co nasze i wysłuchaliśmy mów i śpiewów, a jak się zaczął techniawkowy łomot tośmy poszli do baru, bo okazało się, że trunki w barze na czas imprezy są dla nas za darmo. I to w nieograniczonej ilości. Tyle, że asortyment był mocno ograniczony. I już Woodforda nie mogłem zamówić.

Kolega, któren mi towarzyszył, pospołu z barmanem, namówili mnie na łyski – wiecie, taka ruda wóda na myszach. Podobno ta miała być z tych lepszych. Mimo, że powątpiewałem w jej lepszość, wziąłem bez wody, lodu i koli. Dobre alkohole pijam bez dodatków. Po pierwszym łyku wiedziałem, że to był błąd. Lepsza łyski, to była może i lepsza, ale nie bardzo wiem od czego, chyba od Red Labela. Nic to, następne szklanki zamawiałem już z lodem i kolą. A i tak zalatywało w smaku jakąś krzyżówką benzyny i herbicydów.

Na imprezie wytrzymałem do północy, bo w planach miałem kolejne plażowe fotografowanie na baaaaardzo długich czasach naświetlania. Wieczorem widziałem piękne gwiazdy, których w mieście nie bardzo mam szansę nawet dostrzec. Poszedłem do pokoju po statyw, latarkę, Tachiharę i śpiwór z karimatą. Wylazłem na balkon by upewnić się, że poziom rozgwieżdżenia nieba jest nadal satysfakcjonujący i… się zdziwiłem. Chmury zasłoniły wszystko. A jeszcze godzinę wcześniej, kiedy stałem na tarasie knajpy by nie niszczyć uszu łomotem, wiedziałem gwiazdę polarną widoczną jak na dłoni! No i nici z nocnego fotografowania. Trudno. Nim ułożyłem się spać nastawiłem budzik, bo o 6.30 chciałem wyjść na kolejne fotografowanie w porcie.

Do portu nie poszedłem. O 4.45 odezwała się w moim organizmie, niczym pancernik „Schleswig-Holstein” pod Westerplatte, jakaś trucizna. Oszczędzę naturalistycznych detali i napiszę tylko, że do rana wykonałem całą serię nalotów na Rygę. Zmordowany okrutnie poszedłem do recepcji. Okazało się oczywiście, że w czterogwiazdkowym hotelu nie ma dla gości ani kropli żołądkowych, ani aspiryny. Doczekałem w toalecie do rana i z pękającymi żołądkiem oraz głową pobiegłem do delikatesów wiejskich. Niestety, ani aspiryna, ani rozpuszczalny alkaseltzer nie gościły zbyt długo w moim organizmie. To był koszmarny poranek.

O 9.15 koleżanka z pracy, po którą przyjechał autem mąż, zabrała mnie ze sobą, bo na kolej żelazną, to chyba nie dałbym rady dojść. Wracałem do domu samochodem. I powiem wam, że to była najdłuższe trzy samochodowe kwadranse w moim życiu. Ciężko dysząc przez całą drogę – dałem radę. A potem jeszcze kwadrans w kolejce, choć koleżanka oferowała się, że mogą mnie odwieźć pod same drzwi mieszkania. Nieee, tylko nie auto!

Jadąc kolejką na każdej stacji wystawiałem łeb za drzwi i usiłowałem łapać powietrze. Ludziska gapili się na mnie baaardzo dziwnie. Ale ja miałem to we wiadomym miejscu. Marzyłem tylko o tym by wysiąść i tak dalej.

W domu zasnąłem jak dziecko. Przespałem przez to spotkanie z Krisem Niedenthalem! Chociaż może to lepiej dla niego, bo jak bym mu chuchnął z bliska taką przetrawioną wódą, mógłbym zabić chłopa. I byłaby lokalna sensacja.

W poniedziałek do pracy poszedłem już bez przygód. Okazało się , że pochorowało się poza mną parę osób. W tym takie, które nie piły żadnego alkoholu. Czyli jednak nie łyski się otrułem. Moim zdaniem winowajczynią była płastuga, która pewnie została w bufecie po imprezie integracyjnej innej firmy, której załoga bawiła się w hotelu dzień wcześniej.

Mimo, że od opisanych wydarzeń minęło już trochę czasu, to gdy wreszcie pochyliłem się nad koreksami i wyjąłem z nich listki filmów naświetlone nad morzem, nie byłem pewien czy zdjęcia były warte mąk jakie przeżyłem tamtej nocy. Może będę na nie patrzył inaczej gdy upłynie jeszcze więcej czasu.

Dzięki uprzejmości koleżanki Sylwii

Dzięki uprzejmości koleżanki Sylwii

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

~ - autor: bfcb w dniu 2013/11/26.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

 
%d blogerów lubi to: