Garść ziarna

Rzadko bywam na ślubach. W październiku poszedłem, bo za mąż wychodziła koleżanka z pracy. Lubię ją i chciałem by było jej miło ze świadomością, że komuś z naszego kombinatu chciało się urwać z roboty na jej ślub. Po szybkim dochodzeniu w oupen spejsie okazało się, że prócz mnie wybierze się jeszcze koleżanka. Taka, co to też ją lubię. Fajnie. Pomyślałem, że może warto wziąć ze sobą aparat. Jesień przyszła, dni zrobiły się bardzo krótkie, a przez to, że pracuję od świtu do nocy, nie bardzo mam kiedy fotografować. Ślub o 15.00 był dobrym pretekstem by zabrać ze sobą aparat. Nie chciało mi się targać niczego wielkiego, więc wybór padł na nieśmiertelnego Nikona F4.

Do wnętrza aparatu trafił Kodak Trix 400, bo wiadomo – w kościele będzie ciemno. Do frontu aparatu przypiąłem jasną pięćdziesiątkę, bo wiadomo – w kościele będzie ciemno. Nie żebym się jakoś specjalnie nastawiał na fotografowanie, po prostu załadowany filmem aparat lubię mieć przy sobie.

Panna młoda piękna w tych bielach i makijażach, pan młody wysoki, przystojny. Oboje trochę spięci, bardziej jednak jakby nieobecni. Wszyscy coś do nich mówią, a oni niby rozumieją słowa, ale emocjami jakby byli całkiem gdzie indziej. Zaraz się zacznie, za chwilę, trochę zagubiony, tata Sylwii poprowadzi ją do ołtarza.

W uroczystości, jak zwykle, najważniejsza była dla mnie homilia. Często się z niej dowiaduję czegoś interesującego o biorących ślub. Szczególnie wtedy, gdy wygłaszający ją ksiądz zna oboje. Bo jeśli nie zna, to kazanie zwykle jest dość przewidywalne. Tym razem ksiądz, szczęśliwie, był kolegą obojga – razem pielgrzymowali.

A potem wszystko przyspieszyło, rach-ciach i zostali małżeństwem. Kiedy odwracali się od ołtarza skupiłem uwagę na Sylwii, no bo ją przecież znam. Uwielbiam to oglądać, ten stan uniesienia, szczęścia przez chwilę tak absolutnego, że zdaje się nieść człowieka nad posadzką kościoła. Uśmiechnięta całym swoim jestestwem Sylwia przeleciała w stronę rodziców wciąż unosząc się nad podłożem. Nie wiem czy wszystkim obecnym, ale mnie, chociem był tylko obserwatorem, udzielił się ten stan. Uśmiechałem się sam do siebie patrząc na to wszystko. A kiedy wychodziłem z kościoła sam jakby się unosiłem parę centymetrów nad ziemią.

Parę fotografii jednak zrobiłem. Tak dla siebie, na pamiątkę tego co czułem w kościele. Oczywiście podzieliłem się nimi z Sylwią i Tomkiem, choć i bez moich statycznych pstryków z ławeczki, dość mieli fotek od zamówionego zawodowca. Z tysiąc albo więcej cyfrowych obrazów dostali od niego, ode mnie ledwie dwadzieścia i parę. Mocno ziarniste wyszły te moje fotografie, bo było w kościele ciemno – ciemniej niż przewidywałem. Naświetliłem więc mojego Trixa jak osiemsetkę, a forsowanie zawsze zwiększa ziarno.

Wychodząc z kościoła przez chwilę trochę się martwiłem, co ja z tą osiemsetką w aparacie zrobię, bo pokazało się słońce. Nikon jednak udźwignął, przydają się czasem naprawdę krótkie czasy naświetlania. Mogłem więc spokojnie sfotografować ładnie zaadaptowanego do ślubnego transportu volkswagena. Bardzo do auta pasował bohater pierwszego planu, jakby wręcz stanowił wyposażenie wozu. A nie stanowił.

Życzenia, prezenty i odjazd młodych na całonocną zabawę. Ja zaś poszedłem na kolej żelazną, by wrócić spokojnie do domu. Idąc, długo jeszcze czułem, że unoszę się nad trotuarem. Dzięki ich uczuciom. Czego i Wam życzę.

***

***

 

***

***

 

***

***

 

***

***

 

***

***

 

***

***

 

***

***

 

***

***

 

***

***

 

***

***

 

***

***

 

***

***

~ - autor: bfcb w dniu 2013/11/23.

Komentarzy 9 to “Garść ziarna”

  1. To będą mieli cyfrowe. Analogowych nie dostaną innych, niż te od Ciebie – zawsze pocieszenie 😉 Bardzo mi się podoba tych sześć ostatnich – widać tą radość, o której piszesz. I do tego maszynę VW, która po wsze czasy będzie mi się kojarzyła ze Scooby Doo. A tak w temacie ślubów – mniej, mimo mojej antypatii do ślubów i wesel, najbardziej wzruszyła uroczystość „ślubu humanistycznego” dwójki niewierzących znajomy ze dwa lata temu. Nie wiem czy to przez to, że to coś dla mnie nowego było, czy rzeczywiście było tak ciepło, miło i rodzinnie. Chciałbym wierzyć, że to drugie jednak.

    • Mnie VW jakoś tak się w Woddstockiem łączy niezmiennie 😉 A ślubu „humanistycznego” (nie sądzisz, że ta nazwa to jakiś dziwoląg?) jakoś do tej pory nie udało mi się nawiedzić. Pewnie poziom wzruszenia i przejęcia mniej zależy w takich okolicznościach od formy ślubu, a bardziej od emocjonalnego zaangażowania i ślubujących i kibicujących.
      Pozdrasy!

    • Filmy o Woodstock owszem – także się kojarzą – kawiaki, pacyfy, LSD i Jimi 😉 A nazwa „ślub humanistyczny” rzeczywiście jest jakimś małym potworkiem językowym. I w sumie nie ma żadnego znaczenia prawego (uroczystość, nie nazwa). Ale także i ateiści chcą mieć jakaś uroczystość poza podpisaniem papierów w USC 😉
      Nigdy nie robiłem zdjęć na ślubie/weselu (głównie przez moją wspomnianą wcześniej antypatię, raczej jednak do wesel niż do ślubów), ale wyobrażam sobie, że dla focącego, który bierze za to kasę (tak offtopowo pisząc), musi to być jednak stanowić wyzwanie i duży stres. Bo jak się przegapi jakiś moment, sprzęt się zatnie albo ktoś potrąci, to zdjęcia nie ma i jest kryminał. Ciężki to kawałek chleba, gdy ma się na zdjęcie półtorej sekundy – i nieważne czy chodzi o obrączki, czy o wręczenie orderu zacnemu profesorowi (bo to akurat znam z autopsji ;)).
      Tak czy inaczej muszę się w pełni zgodzić – może być w kościele, może być w cerkwi, może być na plaży nad morzem czy w wynajętym dawnym dworku szlacheckim – jak od ludzi bije energia, to nic więcej nie potrzeba

      • Mam wrażenie, że ze ślubnymi zawodowymi fotografistami, to jest tak, jak z ludźmi w ogóle. Jedni się przejmują tym co robią, a inni serca do tego w ogóle nie mają. Może i się starają by klienci byli zadowoleni, ale wydaje mi się czasem, że dla nich jest to całe fotografowanie karą. Sam zupełnie nie widzę siebie w tego typu działalności traktowanejjako stałe źródło dochodu. Myślę, że po trzech ślubach (a weselach zwłaszcza) miałbym już dość fotografowania. Mogę fotografować, i owszem, ale raczej ludzi, których dobrze znam. Dla swojej i ich przyjemności.
        Pozdrasy

      • Też jakoś nie widzę siebie, bym miał robić zdjęcia na weselach i ślubach. Jakoś nie wyobrażam sobie, bym miał robić słitaśne foteczki (a całym szacunkiem dla robiących takie zdjęcia. Wiem po prostu, że nie potrafię i nie chcę robić takich zdjęć.). A na „artyzm” to raczej nikt nie liczy – ma być urocza dokumentacja. I może dlatego niektórzy nie mają do ego serca, bo może chcieliby pokazać pełnię swoich możliwości, umiejętności i koncepcji, a są hamowani przez wymagania zainteresowanych i ich rodzin. A zarabiać trzeba… Pzdr! 🙂

  2. wyglądają na bardzo szczęśliwych…trudno jest uchwycić taką prawdę…albo widywałam do tej pory więcej sztampowych, pozowanych fotek, albo (o czym myślę ze strachem) większość takich par nie ma w sobie takich promieni…Pozdrawiam i gratuluję! 🙂

    • Pół roku minęło od ich ślubu. Dalej są szczęśliwi – chyba nawet bardziej. Sylwię widuję w pracy – kwitnie. Niedługo pojawi się dziecko… Za cztery miesiące, jakoś tak.
      Dziękuję za ciepłe słowa o fotografiach.

      • Miło jest patrzeć na takich ludzi. Ja oglądałam z ogromną przyjemnością, choć do zdjęć ślubnych zwykle podchodzę z pewną ostrożnością. Chyba fotografia nie umie kłamać…jeśli jest miłość to jest i już, a jeśli jej nie ma to nawet gdybyśmy w photoshopie dodali tysiąc różowych słoni wszystko na nic…I tym optymistycznym akcentem..oby więcej takich zakochańców, takich pięknych fotek i mniej pokiereszowanych misiów 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

 
%d blogerów lubi to: