Na splin, frustrację i oddech nierówny…

Pierwszą płytą Młynarskiego jaka wpadła mi w ręce była koncertówka Młynarski w Anteneum. A były to lata osiemdziesiąte. Muzyka z niej, a przede wszystkim słowa, towarzyszyły mi przez wiele, wiele długich nocy, gdym przygotowywał swoją pracę dyplomową niezbędną dla zostania technikiem dyplomowanym. Jakoś tak mi się ułożyło w głowie, że przez ten czas intensywnej pracy miałem kilka zaledwie płyt, które gościły stale na talerzu gramofonu. Uparłem się na nie i już! A rozrzut stylistyczny był spory, bo prócz wspomnianego Młynarskiego leciały wtedy Nocny patrol Maanamu, dwupłytowy album Marka i Wacka, takoż dwupłytowy I Ching, pierwsza płyta Voo Voo, Low Life nagrany przez sieroty po nieodżałowanej pamięci Joy Division, Fresh Fruit for Rotting Vegetables punkowców z Dead Kennedys, no i z podobnej półki, cudem i podstępem zdobyty Underground out of Poland.

Noc po nocy pisałem, kreśliłem, łączyłem rurki z cylinderkami, piłem kolejne kawy i co dwadzieścia kilka minut podchodziłem do gramofonu, by przełożyć płytę na drugą stronę lub zmienić na „nową”. I dużo śpiewałem. Hmm, wywrzaskiwane histerycznie „It’s a holiday in Cambodia…”, czy wymrukiwane pod nosem „Ciemno już i wieje zimny wiatr, może znów zapukasz cicho tak…”, pewnie trudno by było zaliczyć do śpiewu, ale pochlebiam sobie, że melorecytacje Młynarskiego szły mi całkiem nieźle. Zwłaszcza po czterdziestym przesłuchaniu płyty. A jego teksty tkwią mi we łbie do dziś.

Kawałki z płyty Młynarski w Ateneum wciąż wracają do mnie, co jakiś czas, jakoś tak samoistnie. W różnych okolicznościach przyrody. A parę razy zdarzyło mi się praktycznie wykorzystywać receptę zawartą w piosence Niedziela na Głównym. Mocno sparafrazowaną, oczywiście, bo jakoś za Głównym to nie przepadam. Ostatnio znów mi się przydała wspomniana pieśń.

W pracy, jak to w pracy, stres i dużo nerwów. Tak jak wszędzie optymalizacje, ruchy kadrowe. Łatwo nie jest. A jak splin się nasila, to trzeba, choćby na moment się oderwać. Żeby całkiem nie zwariować.

Zamknąłem oczy na chwilę, spakowałem mały plecaczek z wodą i kanapkami i popędziłem autobusem komunikacji zastępczej na Główny. Znaczy do Władysławowa. Nawet fotografować mi się specjalnie nie chciało. Dla uspokojenia sumienia zabrałem ze sobą tylko małoobrazkowego Nikona z najlżejszym, a za to mrocznym jak sumienie faszysty spacerzoomem. A jak już miałem ze sobą aparat, to oczywiście zrobiłem trochę zdjęć. Ale bez przekonania.

Przez dzień cały wdychając zapach śledzi wyjętych z sieci i wysypywanych tonami z ładowni, zgrzytając plażowym piachem w zębach, chłonąłem szum i błękit. Na splin, frustrację i oddech nierówny…

(…)

Na wszystkie smutki – niedziela na Głównym
Na oddech krótki – niedziela na Głównym
Na sypkość uczuć i brak przyjaciela
Niedziela na Głównym, na Głównym niedziela.

Na niski wskaźnik – niedziela na Głównym
Na nadmiar wyobraźni – niedziela na Głównym
Na splin, frustrację i oddech nierówny
Na Głównym niedziela, niedziela na Głównym.
(Fragment piosenki Wojciecha Młynarskiego, Niedziela na Głównym)

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

Reklamy

~ - autor: bfcb w dniu 2013/06/14.

Komentarze 3 to “Na splin, frustrację i oddech nierówny…”

  1. Ciekawe, że Młynarski powoli znów aktualny. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: