Akcja ratunkowa

Z pchlego targu przywiozłem tym razem trzy zupełnie mi niepotrzebne aparaty fotograficzne. Sądząc po cenie jaką musiałem zapłacić nie są to aparaty, a raczej inwalidzi fotograficzni. Nie mogłem ich jednak nie kupić. Leżały takie nieszczęśliwe pod paskudną folią, która miała je chronić przed ciągle padającym ciężkim, lepkim śniegiem. Obok nich spoczywała grupa innych poharatanych weteranów – tranzystorowe radyjko ze złamaną teleskopową anteną, odrapana lornetka, garść monet z państw, które już dawno nie istnieją. Nie umiem przechodzić obojętnie obok takich aparatów. Zawsze wtedy mam wrażenie, że słyszę niemą prośbę o ratunek przed śmietniskowym losem. Wiem, wiem moja ukochana żono, że budżet fotograficzny na ten miesiąc i na następne trzy już przekroczyłem. Dwukrotnie. Ale wiem też, że kiedy zobaczysz tych życiowych rozbitków zrozumiesz moją decyzję.

 

Stojąc w sercu miasteczka, które zapamiętałem z dzieciństwa jako Wilhelm-Pieck-Stadt Guben, wysupłałem z kieszeni zmięty dziesięcioeurowy banknot i podałem go zmarzniętemu sprzedawcy. Bez słowa zapakował mi zakupy i podał w starej reklamówce z Penny Markt.

 

W domu rozłożyłem zakupy na stole, chwilę je popodziwiałem i zaraz zabrałem się za odkurzanie. Po pół godzinie wszystkie trzy wyglądały już przyzwoicie – trzy aparaty Agfa Isolette. Dwa z nich to model I, a jeden to model III. Ten pierwszy produkowano od 1952 do 1960 r. i był on rozwinięciem (nieznacznym) przedwojennej Agfy Jsolette (to nie pomyłka, na początku MA BYĆ literka „J”). Model III wytwarzano od 1956 r., a zasadniczą różnicą w stosunku do poprzedniczek był zamontowany dalmierz, przy czym nie był on sprzężony z obiektywem. Po ustawieniu ostrości w lunetce dalmierza trzeba było odczytać ze jego skali odległość i przenieść ją na pierścień odległości obiektywu. Niestety wszystkie trzy przywiezione przeze mnie egzemplarze wyposażono w gorsze jakościowo wersje obiektywu – Agnary i Apotary. Rzecz jasna nie są to całkiem złe obiektywy, widziałem sporo naprawdę niezłych zdjęć wykonanych tymi szkiełkami. Jednak marzeniem posiadaczy Agfy Isolette jest obiektyw Solinar. Niby ogniskowa i jasność większości Solinarów jest taka sama jak Agnara i Apotara (85 mm, f 1:4,5), ale niektóre Solinary były o jeden stopień przysłony jaśniejsze. No i konstrukcja Solinara jest zdecydowanie bardziej zaawansowana niż wspomnianej reszty. Apotary i Agnary są obiektywami trzyelementowymi zaś Solinar jest czteroelementową kopią znakomitego Tessara. A w dodatku Solinat ma frontową soczewkę pokrytą warstwą przeciwodblaskową. Tyle, że Isoletta z Solinarem kosztowałaby dziesięć razy drożej. A ja przecież tak właściwie, to żadnej Agfy kupować nie chciałem. To była misja wyłącznie ratunkowa.

 

Diagnoza wykazała, że każdy z aparatów ma niedomagania. Pierwszy miał mieszek dziurawy jak durszlak, drugi zaciętą migawkę, a trzeci pieczarkarnię w obiektywie i zepsuty, zablokowany dalmierz. Drapałem się chwilę po głowie zastanawiając się co począć z wrakami. Z żalem uznałem, że jedynym rozwiązaniem będzie rodzinna transplantacja wielonarządowa. To był, moim zdaniem, jedyny dostępny mi sposób na uratowanie jednej z niemieckich sióstr.

 

Operacja trwała tydzień, z przerwami po dziesięć godzin dziennie na pracę, plus parę godzin na sen, zajmowanie się rodziną i inne ludzkie czynności. Po tym czasie światło dzienne ujrzał mój własny model niemieckiego aparatu Agfa – Frank’n’Stein. Z wielkim trudem wygospodarowałem dodatkową godzinę na wypróbowanie monstrum w terenie. Zapakowałem do niego film i ruszyłem w świat. Trzask-prask zrobiłem dwanaście klatek, nie bardzo przykładając się do kadrowania. Pomiar odległości też był symboliczno-szacunkowy – dodatkowego dalmierza nie wrzuciłem do kieszeni. Najbardziej obawiałem się błędów w naświetlaniu, bo sporą rozpiętość tonalną mają zimowe scenki ze współudziałem śniegu. Załadowałem więc film, którego było mi najmniej żal na eksperymenty Kodak BW 400 CB. Jakoś go nie polubiłem, zwłaszcza, że to film wołany w procesie C-41, którego samodzielnie w domu nie praktykuję. Zdaję się na laby, a te jakie są, każdy widzi. Leżał ten Kodak trochę już przetrminowany w lodówce, no to go wziąłem. Mimo, że obawiałem się błędów w naświetlaniu stawiłem czoło lękom i światłomierza ze sobą nie dźwigałem. No bo przecież nie po to Agfa jest, jak się ją złoży, poręcznym, lekkim, średnioformatowym aparatem kieszonkowym, by prócz niej targać dodatkowy osprzęt.

 

Zrobioną po wariacku rolkę wysłałem szybciutko do wywołania i muszę powiedzieć, że wyszło całkiem sympatycznie, choć lab użył chyba jakiejś mocno spracowanej chemii. Nawet jak na ten film kryształy wyszły spore. Po ekonomicznym obiektywie i wywołaniu w ekonomicznym labie nie spodziewałem się żadnych fajerwerków. Z pewnością zrobię tym aparatem jeszcze jedną rolkę filmu, tym razem już klasycznie czarno-białego. Może nawet wezmę ze sobą światłomierz i dalmierz. A potem…, pewnie sprzedam Agfę po kosztach. Mam już w domu tyle sprzętu, że bardzo rzadko bym po nią sięgał. Szkoda by u mnie leżała w skrzyni, gdy ktoś jeszcze może się cieszyć robieniem zdjęć tym ładnym, lekkim i poręcznym starociem.

Ktoś reflektuje już teraz, nim wystawię na e-bayu?

Reklamy

~ - autor: bfcb w dniu 2013/01/28.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: