Na koniczynowej łące

Prawie pięć lat temu przechodziliśmy obok sklepu zoologicznego. Było bardzo gorąco. Właściciel sklepu wystawił na trawnik przed sklepem kilka klatek ze zwierzętami. Syn zatrzymał się przy świnkach morskich. Było ich całe stado, wszystkie bardzo młode. Natychmiast użalił się na tą jedną jedyną, wyglądała jakby reszta stada jej nie akceptowała. Miała zmierzwione futro, przegryzione ucho. Co i rusz inne świnki odpędzały ją od siebie. Zamieszkała więc u nas, w pokoju syna.

Przyszła tegoroczna zima i zachorowaliśmy wszyscy. Klasyczna grypopodobna infekcja. Kaszel, katar, zawalone zatoki, podwyższona temperatura. Nieprzyjemne, ale przeżyliśmy. Najpierw chorowałem ja, potem żona, po niej syn, a na końcu świnka morska. Możliwe by świnka zaraziła się czymkolwiek od człowieka? Pewno nie, ale nasza chorowała. My przeżyliśmy, a świnka nie. Nie pomogły antybiotyki, niewiele dało czyszczenie dróg oddechowych, nie pomogła nawadniająca kroplówka.
Szczurowate to było stworzenie, dość mało komunikatywne. Niewiele uwagi mu poświęcałem. Czasem brałem na ręce by delikatnie poczochrać po grzbiecie. Chyba lubiło. Lubiło też, kiedy latem wynosiliśmy je czasem na łąkę, na ogromną połać kwitnącej koniczyny. Bało się trochę, ale lubiło. Lubiło też hałasować nocami, do czegośmy się wszyscy szybko przyzwyczaili.

Kiedy wyjmowałem włochate, stygnące ciało z klatki, było mi ciężko. Stary jestem i twardy, jak mi się zdawało, no a świnka nie była moją pupilką, a jednak było mi ciężko. Synowi było jeszcze trudniej – nie chciał nawet wchodzić do swojego pokoju.

Żona, nie odzywając się słowem, przyniosła kartonik wymoszczony sianem. Na ciele świnki ułożyła świerkową gałązkę odciętą z naszej domowej choinki. Potem szybko uciekła.

Stanąłem na środku zaśnieżonego pola, na którym latem zakwitnie połać koniczyny. W intensywnie padającym gęstym śniegu, przygarbiony, zacząłem kopać malutki grób. Zamarznięta ziemia z niechęcią ustępowała pod uderzeniami tępego szpadla. Śnieg błyskawicznie topniał na moich włosach, a krople wody spływały mi na twarz. Łez nie było widać.

 

~ - autor: bfcb w dniu 2013/01/16.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

 
%d blogerów lubi to: