Jak z filmu

Wczesny poranek w środku tygodnia, pociąg z Berlina właściwie pusty. Pusty, jeśli nie liczyć garści rozgadanej młodzieży szkolnej i sporego stada emerytów z rowerami. Ruszyli dla podtrzymania zdrowia w szprewaldzkie lasy. Mijają minuty, bilety już sprawdzone i nic się nie dzieje. Mogę w spokoju kontemplować widoki za kolejową szybą. Tak jak lubię.

Tym razem nie spieszę się do Polski, nie goni mnie żadna godzina przybycia, ba nawet dzień przybycia mam nieokreślony. No to zostaję na dzień cały w Angermünde, bo zawsze chciałem zostać, a diabelski pośpiech nigdy mi na to nie pozwalał. Zawsze tylko z peronu na peron i dalej do Szczecina albo Berlina. A pogoda mi sprzyja – słoneczko, ale nie za intensywne.

Leniwym krokiem wałęsam się po mieścinie, która na mojej sztabówce z 1945 r. zaznaczona jest prócz niemieckiej nazwy także po polsku, jako Węgryujście. Ładnie. Zadbany plac przydworcowy ozdobiony dwiema wieżami ciśnień. Tu i ówdzie jeszcze ślady upadku enerdowskiej przeszłości, a to okno wybite gdzieś w narożnej kamienicy, a to tynk odpadający płatami.

O nieco odleglejszej przeszłości miasta przypomina radziecki monument upamiętniający „bohaterów padłych w walkach z niemiecko-faszystowskimi najeźdźcami w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941–1945”. Z pięcioosobowego spisu nazwisk rozumiem, że upamiętnia się tu przede wszystkim tych, którzy zginęli pod Angermünde w 1945 r. Z majorem Iwanowem na czele.

Stojąc pod pomnikiem w byłym NRD  wspominam z polskich czasów wszystkie te pomysły burzenia poradzieckich obelisków. No ja rozumiem, że w istocie to najeźdźcy byli na naszej ziemi, i że pewno inna by była pamięć o nich gdyby po zakończeniu wojny spakowali swoje mandżury i się wynieśli za wschodnią granicę (tak, tylko którą?). Ale też faktem jest, że wielu z Sowietów straciło życie walcząc z Niemcami. No ja rozumiem, że stracili życie wcale nie chcąc walczyć o wolność Polski, tylko raczej walcząc o dobicie nazistowskiego gada w jego gnieździe. I ci co zginęli raczej wówczas nie myśleli o swoim marszu w kategoriach podboju Polski. Raczej nie kierowali się niezrealizowanym w 1920 r. leninowskim planem marszu na zachód. Ich przywódcy może tak, ale ci co zginęli – nie sądzę.

Po zjednoczeniu Niemiec byłym Enerdowcom nie przyszło do głowy zburzenie poradzieckich pomników. Stoję więc i patrzę. Jak się dokładniej poprzyglądać, to widać ślady po farbie. Ktoś próbował oszpecić to i tak nie najładniejsze dzieło. Chętnie wypytałbym jakiegoś przechodnia o te ślady, o to, kiedy je zrobiono. Ciekawi mnie, czy dokonał tego heroiczny przedstawiciel ruchu oporu w czasach NRD, czy może chuligan już po zjednoczeniu. Niestety, dookoła mnie pustka. Wszyscy Niemcy wyjechali już na ćwierćfinały Euro do Gdańska? Z niewielką nadzieją zachodzę do kilku sklepików, gdzie zastaję personel w moim wieku lub młodszy. Nic nie wiedzą, nawet nie zwrócili uwagi na resztki farby na monumencie. Tak myślałem. Wszelako miałem wrażenie, że moje pytanie o pomnik uznawano za niepokojące, albo chociaż dziwne. Uspokajająco na tuziemców działał dopiero widok aparatu fotograficznego dyndającego na mojej piersi. Wiadomo, turyści zawsze o wszystko pytają.

Dzień cały snułem się po tym miasteczku z odczuciem jakby w nim film wojenny mieli kręcić, którego akcja toczy sie pod koniec wojny lub zaraz po niej. Pustka i cisza. Brakowało mi tylko białych szmat wywieszonych z okien na kijach i papierzysk poniewierających się po ulicach. Szkoda, że butów nie miałem podkutych i echo moich stąpnięć po bruku nie było takie filmowe jak być powinno. No i nie chrzęściłem metalicznie automatem. Myślę jednak, że ze swoją analogową dalmierzówką wycelowaną w opuszczone niemieckie ulice mógłbym się od biedy wkomponować w kadry tego wyimaginowanego filmu.

Zupełnie spokojnie w takim filmie mogłaby się znaleźć następująca scena. Stoję przed zrujnowanym budynkiem z napisem HAUS UCKERMARCK. Robię jedno czy dwa ujęcia, a zza rogu na zdezelowanym rowerze wyjeżdża starszy facet w kufajce i gumofilcach. Nie ucieka jednak na mój widok, może dlatego, że nie mam pepeszy i w szynel nie jestem odziany. Zaciekawiony podjeżdża, zatrzymuje się i zaczyna mówić.

Brak górnych i dolnych jedynek u rowerzysty, a może jakiś lokalny dialekt sprawia, że rozumiem nie wszystko co mówi rowerzysta. Ale za to zrozumiałem, że interesujący mnie pomnik to farbą ochlapali pod koniec w lat 90-tych „gówniarze” (die Rotzbengel ) z NPD. Zrozumiałem też, że żal mu było minionych czasów, a może bardziej tego, że miasteczko upada. Wskazując Haus Uckermarck wspominał z widocznym rozmarzeniem dwie sale kinowe, porządną restaurację i salę dansingową z pięknymi kryształowymi żyrandolami. Wszyscy co mogli, co mieli dość odwagi, mówił, uciekli na Zachód po zjednoczeniu. A to co zostało, popada w ruinę. Ale przecież remontują, powiedziałem wskazując ratusz, tak odnowiony, że aż nie pasował do stojącej naprzeciwko ruiny Haus Uckermarck. Aaaa tam remontują, machnął ręką, ino dla kogo? Młodych coraz tu mniej, wszyscy chcą żyć w Berlinie.

Nim wsiadł na rower i grzechocząc przeskakującym łańcuchem pojechał dalej, pół godziny ciągnął opowieść o tym jakie pyszne chleby można było kupić w dawnej piekarni, o wędlinach wytwarzanych na miejscu przez tutejszego rzeźnika. Nie ma, mówił, wszystko upadło. A mnie w uszach jeszcze długo dźwięczało jego „kaputt”. Jak z filmu.

Reklamy

~ - autor: bfcb w dniu 2012/06/20.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: