Rozstanie

A kiedy miałem już dość układania kabli, montowania gniazdek i przykręcania płyt kartonowo-gipsowych usiadłem wieczorem na materacu przeliczyłem dolarowe banknoty i w pamięci dodałem jeszcze te, które miałem dostać na koniec tygodnia. Wyszło na to, że mogę skończyć z budowlanką i oddać się podróży. Bo już montując plan wyjazdu zarobkowego za wodę, nie miałem zamiaru zbitych tamże kokosów przywozić do Polski. Wiedziałem bowiem z doświadczenia, ubogiego co prawda, ale jednak jakiegoś, że za wodą przyjemniej wydaje się pieniądze niż w Polszcze.

Nazajutrz oświadczyłem kierownikowi, że to mój ostatni tydzień, więc jeśli ma potrzebę, musi zacząć organizować nowego robotnika. Wszystko poszło gładko, umówiliśmy się z szefem na datę ostatniej wypłaty i przekazanie moich ostatnich prac. Męski uścisk dłoni i każdy z nas wrócił do swojej roboty. Rozmowie przysłuchiwał się Paul, jedyny Enerdowiec na naszej budowie. Podszedł do mnie i zapytał co planuję. W krótkich żołnierskich słowach objaśniłem go, że celem moim jest sprawne wydanie zarobionych pieniędzy. Najchętniej w ciągu dwóch najbliższych miesięcy, i najchętniej na Zachodnim Wybrzeżu. Zostawiłem go z lekko zdziwioną miną i udałem się montować kolejne rozgałęzienia przewodów elektrycznych.

Wieczorem Paul zupełnie nieoczekiwanie pojawił się w mojej kwaterze budowlanej i prosto z mostu walnął, że chce jechać ze mną… Byłem tak zaskoczony, że od razu się zgodziłem. Bo czemu właściwie nie? Paula lubiłem, bo to chyba najbardziej wyluzowany Niemiec jakiego udało mi się poznać. Uświadomi sobie dopiero wtedy, że z całej naszej robociarskiej braci rozmawiałem głównie z nim. Nie żeby to były jakieś długie dysputy, bo w robocie amerykańskiej czasu na to nie było, ni hu-hu, ale w czasie przerw jakoś tak samo się układało, że siedzieliśmy razem i gadaliśmy. I jak nie Niemiec, Paul nie unikał rozmowy nawet o Hitlerze.

Kilka dni później mknęliśmy razem na zachód w przytulnym wnętrzu kupionego za kilkaset składkowych dolarów czterokołowca marki Ford… .

Skąd te reminiscencja? Z kolejnej wizyty u wieka mojej skrzyni, w której przechowuję dłużej nie używany sprzęt fotograficzny. Wyjąłem wówczas z niej mojego ukochanego Nikona F4s. A onże został nabyty właśnie w Ameryce. Podczas pierwszego tankowania naszego Forda podszedł do nas koleś, którego po pierwszym oglądzie raczej wahałbym się wziąć do samochodu. Krzyżówka twarzy Keitha Richardsa Frank’n’Steina z głosem późnego Toma Waitsa, a wszystko zapakowane w ciuchy Ozzy’ego Osbourne’a i jakiegoś anonimowego polskiego hutnika. On jednak, na szczęście, nie chciał z nami jechać. Zaproponował okazyjne kupno kilku klamotów, które wyjął z czeluści sfatygowanego wora, na którym dawało się jeszcze odczytać resztki napisu US Navy.

Na kolejne wyjmowane rzeczy kiwaliśmy odmawiająco. Aż nagle w jego łapskach rozmiaru szufel do śniegu pojawiło się cudo, które wywołało u mnie polskojęzyczny okrzyk – TAK! Był to właśnie „mój” Nikon F4s. Ten, o którym wcześniej mogłem tylko śnić. Wziąłem go w drżące dłonie i wykonałem kilka podstawowych testów. Działał jak złoto!

Wymieniona przez sprzedawcę kwota wydała mi się śmiesznie niska, zwłaszcza gdy szybciutko przeliczyłem ją w pamięci z dolarów na złotówki, i porównałem z ceną którą zapamiętałem z gdyńskiego komisu. Przebitka była mniej więcej czterokrotna – na niekorzyść Gdyni. Bez żadnego targowania wyjąłem dolary i szeroko uśmiechając się podałem Ozzy’emu. Na widok zielonych papierków Ozzy też się szeroko uśmiechnął. Na odjezdne uścisnął mi dłoń i złożył nam staropolskie życzenia udanej podróży. We wstecznym lusterku widziałem go jeszcze długą chwilę jak stał i machał nam jak rodzic żegnający swoje dziecko udające się po raz pierwszy na zieloną szkołę.

I ani przez minutę całej transakcji nie zastanawiałem się czy może kupowany przeze mnie Nikon nie jest kradziony. Byłem jak zahipnotyzowany, myślałem tylko o tym aby móc założyć do niego film i fotografować. Zły, zły chłopczyk! Po wszystkim zrobiło mi się trochę wstyd. Na chwilę.

Po latach bezawaryjnej pracy aparat trafił w ręce nowego zapaleńca. Kupił go ode mnie dwa razy drożej niż ja zapłaciłem „Ozzy’emu” i był bardzo zadowolony z transakcji. Mam nadzieję, że i jemu lata posłuży.

Czemu sprzedałem? Bo na małym obrazku fotografuję coraz mniej. Bo mam drugi egzemplarz Nikona F4, nieco młodszy od mojego weterana, który ze swojej skrzyni wyjmowany był bardzo rzadko. Bo w skrzyni zabrakło miejsca na kolejne fotograficzne cudeńka, a nie lubię jak stoją na widoku i się kurzą.

Żal się było rozstawać? A jakżeby mogło być inaczej! Przecież zrobiłem nim sporo ładnych fotografii. Kilka z nich zdobyło dla mnie nawet jakieś wyróżnienia, a inne zarobiły parę groszy. Żal jednak bardziej, gdy taki fantastyczny sprzęt leży nieużywany.

To była moja ulubiona lustrzanka małoobrazkowa.

 

Reklamy

~ - autor: bfcb w dniu 2012/01/07.

Komentarzy 11 to “Rozstanie”

  1. Niesamowita historia 😉 czytajac bylem tam ! 🙂 fajnie napisane. A co z Paulem? ;]

  2. Calkowicie juz sie przesiadles na cyfrowki?

    • Oj, nie! Fascynacja cyfrą jakoś szybko mi minęła. Ze dwa lata może trwało jak fotografowałem niemal wyłacznie cyfrowym aparatem. I… wróciłem do materialów srebrowych. Teraz po cyfrę sięgam dość rzadko, ot jak trzeba coś na szybkiego uwiecznić. Bywa, że i miesiąć-dwa nie mam w ręku cyfry. Nie umiem nawet tego sensownie uzasadnić, obudowac jakąś uideologią. Po prostu lubię pracować z materiałami srebrowymi. Może się mylę, ale mam wrażenie, że srebrowe fotografie wyglądają trochę inaczej niż cyfrowe. Pewnie i sprzętem cyfrowym da się osiągać podobne rezultaty, albo i o wiele lepsze, i opewnie mniejszym nakładem środków i sił, ale ja jakiś nieogarniętyjestem w tym względzie. I fotografuję na filmach 😉

  3. moze dlatego ze caly czas robiles inna generacja zdjecia, wiec nie masz przekonania do nowego na pewno inaczej wygladaja fotki z kliszy, maja jakas „glebie” jak dla mnie.

    • Noo przez jakiś czas miałem „przekonanie” do cyfry, ba nawet zachwycałem się możliwościami! A potem jakoś mi przeszło to przekonanie 😉

  4. A jakie masz analogi? 😉

    • Małoobrazkowego Nikona F4 po którego sięgam bardzo rzadko, wtedy gdy chcę szybko fotografować. Najczęściej chodzi ze mną na koncerty, mecze i tego typu imprezy. Ulubionym moim aparatem jest średnioformatowa Mamiyę 6. Jeździ ze mną na niefotograficzne wycieczki i chodzi na fotograficzne włóczęgi po ulicach. No i jest jeszcze drewniana Tachihara 4×5 cala – do pejzażu, portretu i eksperymentów formalnych. I te trzy sprzęty zajmują najwięcej miejsca w moim sercu. Niczego więcej nie potrzebuję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: