Opowieści dygresyjne

•2019/01/20 • 4 Komentarze

Najpierw tekst, muzyka i mandolinowe solo.

Pierwsze: Bogdan Olewicz; drugie: Zbigniew Hołdys; trzecie: Wojciech Waglewski.

https://youtu.be/5O6cpFnEtAw

Przypominam PT Czytelnikom ten akurat utwór z różnych powodów. Także dlatego, że Wejherowo odwiedził ostatnio Zbigniew Hołdys i podpisał okładki wszystkich trzech moich egzemplarzy winylowego „I Chinga”. Parę innych rzeczy też podpisał. Nie tylko mnie.

Przyjechał do nas w ramach „Biesiad literackich” organizowanych przez Agencję Artystyczną Nehrebeccy. I było to jedno z milszych spotkań ze wszystkich dotychczasowych. Było przyjemnie, gdyż Zbyszek jest doskonałym gawędziarzem, ma naturalny dar snucia interesujących historii. Przede wszystkim jednak nie przeszkadzał mu prowadzący.  Na kilku poprzednich spotkaniach bywało, że Krystian Nehrebecki tak bardzo czuł potrzebę brylowania, że zaproszeni goście niewiele mieli szans na szersze wypowiedzenie się. Tak było na przykład na „Biesiadzie literackiej” z Normanem Daviesem – popisom prowadzącego nie było końca. Prawdziwa próba cierpliwości zarówno dla publiczności, jak i dla brytyjskiego historyka.

Tym razem jednak było inaczej. Prowadzący wygadał się zanim gość pojawił się na scenie, a potem mikrofon należał już do Hołdysa. Zaczęła się wciągająca, niemal dwugodzinna, opowieść dygresyjna o muzyce, a nawet szerzej, o sztuce, o polityce, o pasjach, emocjach i życiu. Bardzo chętnie słuchałbym dalej. Mam też wrażenie, że Zbigniew Hołdys chętnie mówiłby dalej. Organizator był jednak bezlitosny… Spotkanie było zajmujące, więc nieszczególnie chciało mi się sięgać po aparat, ale kilka razy się przymusiłem, więc mam teraz co wkleić do wpisu – obrazki są niżej.

Po powrocie do domu nie było wyjścia, na talerz gramofonu trafiły kolejno: koncert Perfectu z 1983 roku, dwupłytowy „I Ching” (egzemplarz najmniej przeorany igłami), a na deser WMNH „Świnie”. Mieliśmy piękny wieczór płytowy przy przyciemnionych światłach sypialni. Podróż w czasie. Kiedy słucham piosenki zamieszczonej na początku wpisu przestaję tak myśleć. Dla porządku przypomnę tylko, że utwór powstał w 1983 roku.

Trzydzieści sześć lat temu…

sm_6798a

Krystian Nehrebecki, jeszcze sam na scenie Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 11 stycznia 2019 r.

sm_6841a

Zbigniew Hołdys podczas „Biesiady literackiej” w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 11 stycznia 2019 r.

sm_6855a

Krystian Nehrebecki i Zbigniew Hołdys na scenie Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 11 stycznia 2019 r.

sm_6900a

Zbigniew Hołdys podczas „Biesiady literackiej” w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 11 stycznia 2019 r.

sm_6940b

Zbigniew Hołdys z wierną uczestniczką wejherowskich „Biesiad literackich”, panią Alicją Liczmańską, 11 stycznia 2019 r.

 

Reklamy

Nie napiszę

•2019/01/19 • Dodaj komentarz

To co przeżyłem w czasie pogrzebu dziadka, a miałem wtedy dziewięć lat, było tak podobne emocjonalnie do dzisiejszego dnia,  że nie napiszę ani słowa o pożegnaniu z Pawłem.

Dwie połowy

•2019/01/18 • 7 Komentarzy

Jedna rozmowa z użyciem telefonii komórkowej, jeden wpis blogowy, sześć e-maili, siedem SMSów i piętnaście kartek pocztowych, co razem daje trzydzieści reakcji na moją tegoroczną Bożonarodzeniową akcję życzeniową.

W każde święta wysyłam w świat kilkadziesiąt pocztówek, z których zdecydowaną większość stanowią te wykonane własnoręcznie. Przed minionym niedawno Bożym Narodzeniem do pocztowych skrzynek trafiło równiutko sześćdziesiąt moich przesyłek.

Niewiele rzeczy sprawia mi większą przyjemność niż wyłuskiwanie świątecznych pocztówek spomiędzy reklamowych śmieci wysypujących się ze skrzynki listowej. W tym roku na te miłe drobiazgi trafiałem w skrzynce o 30% częściej niż w roku ubiegłym i o 50% częściej niż dwa lata temu. Czyżbym więc mógł żywić nadzieję, że za rok postęp zostanie utrzymany? Oby!

Radość moja jest jednak połowiczna, bowiem jako notoryczny pesymista, wieczny czarnowidz i stanowczy defetysta, skrzynkę moją widzę do połowy pustą. Co się bowiem stało z tą trzydziestką moich adresatów, która milczy jak zaklęta? Martwię się o nich…

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy zechcieli poświęcić chwilkę na danie znaku, że wciąż pamiętają i dobrze życzą. Sprawiliście mi wielką radość, a niektórzy z Was to nawet mnie wzruszyli.

Poniżej trzy karteczki, które swoją postacią plastyczną wywołały uśmiech, a to z powodu wkładu twórczego nadawców, albo przez wykazanie się głęboką znajomością mojej osobowości.

Dziękuję!

bn1

Zbiorcze życzenia od moich byłych współpracowników. Przyłożyli się do karteczki, prawda?

bn2

Najprawdziwszy ready-made od Marcina i jego Ukochanej.

bn3

Niby kartka fabryczna, ale jej nadawczyni sporo musi o mnie wiedzieć…

 

Fantazje Pana Pawluśkiewicza

•2019/01/04 • 7 Komentarzy

W połowie lat osiemdziesiątych minionego wieku, by nie siedzieć popołudniami w internacie chadzałem raz, lub dwa razy w tygodniu do Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej im. C. K. Norwida w Zielonej Górze. Prócz pożyczania książek słuchałem tam również płyt, bo była taka możliwość. Na szczęście mało kto o tym wiedział, więc pokój z gramofonami był rzadko uczęszczany. Wypełniało się rewers, jak to w bibliotece, a potem zakładało słuchawki i czekało chwilę, aż pani bibliotekarka przyniesie zamówioną krążek (winylowy, rzecz jasna) i uruchomi gramofon. Katalog płytowy nie był ogromny i przesłuchanie go w całości nie zajęło mi całych pięciu lat nauki w technikum. Mam wrażenie, że przesłuchałem wszystkie dostępne tytuły już po roku cotygodniowych wizyt w bibliotece. Później już tylko powtarzałem swoje spotkania z ulubionymi wykonawcami i zapoznawałem się z dość rzadko przybywającymi nowościami.

Tam właśnie poznałem Jana Kantego Pawluśkiewicza, jasna sprawa, że nie osobiście, lecz za pośrednictwem jego muzyki zawartej na płytach. Choć estetycznie bliżej mi było wówczas do hałaśliwego punk-rocka, to w muzyce Pawluśkiewicza było coś, co w niezrozumiały sposób mnie pociągało. Może to, że współgrała doskonale z poetyckimi tekstami, do których została napisana. Już wtedy byłem przekonany, że nuty ułożone przez Pana Jana, są takie a nie inne właśnie za sprawą tekstów, które ilustrują. Jest między nimi wyraźna harmonia, tworzą jedność, z której emanują i emocje i nastrój. W muzyce, którą tworzy Pawluśkiewicz przeplatają się spokój i napięcie, bezruch i działanie. Jak w życiu, jak w poezji…

Minęło kilkadziesiąt lat, a ja wciąż jeszcze wracam czasem do płyt Anawy, bo to co na nich jest, jest właściwie niepodobne do czegokolwiek innego. I myślę, że sporo w tym zasługi Pawluśkiewicza, choć z pewnością i Marek Grechuta i, później, Andrzej Zaucha też dołożyli tu swoje trzy grosze. Mam wrażenie, że Anawa zgrabnie godziła piosenkę z kulturą wysoką. A późniejsze dokonania Pawluśkiewicza zdają się potwierdzać te moje przeczucia. Trzeba być poetą muzyki, nie liczyć się z kanonami, mieć odwagę i wyobraźnię, by z taką swobodą przejść od repertuaru Anawy do kompozycji takich jak „Nieszpory ludzimierskie” czy „Harfy Papuszy”. Pamiętacie je? I znów – ogromna rola tekstów, które pobudziły umysł Jana Kantego do stworzenia takiej muzyki. Przecież i wiersze Papuszy, i „Psalmy dla dzieci małych i dużych” Leszka Aleksandra Moczulskiego zawierają emocje mogące poruszyć czułe struny w duszach nawet mało wrażliwych odbiorców. Ale też jaką trzeba mieć w sobie odwagę, a może nawet i szaleństwo, by porwać się, tak jak to zrobił Pawluśkiewicz, na zorganizowanie ogromnego (parę tysięcy ludzi przecież!) koncertu poświęconego wierszom, nieznanej wówczas prawie nikomu, cygańskiej poetki. I jeszcze sprowadzić z Nowego Jorku gwiazdę Metropolitan Opera?! A on to zrobił i to z jakim powodzeniem!

A kiedy stanie się z nim twarzą w twarz, kiedy ma się okazję by go posłuchać, by zamienić kilka zdań, to ma się wrażenie obcowania ze sztukmistrzem, z performerem, co do którego można mieć całkowitą pewność, że w każdej chwili może nas zaskoczyć czymś zupełnie nieoczekiwanym. Łączy zmysł wodzireja i gawędziarza, a do tego jest człowiekiem niezwykle czarującym, który potrafi uwieść słuchaczy swoimi opowieściami. Nie bez znaczenia są tu również jego poczucie humoru i dystans do siebie.

Rozpisałem się troszkę o Pawluśkiewiczu z powodu jego niedawnej wizyty w Wejherowie. I było to potrójne spotkanie, albowiem sceniczne, malarskie i fotograficzne. Najpierw w w galerii Wejherowskiego Centrum Kultury otwarto wystawę kilkunastu żel-artowych prac Jana Kantego, w których artysta dał upust swojej nieskrępowanej wyobraźni. Czego tam nie ma w tych obrazach?! I tropy antyczne, i folklor góralski, i inspiracje orientalne, i przyroda. Humor i nostalgia w oparach eteru realistycznego, tańczące niczym spleceni w braterskim uścisku Chagall z Nikiforem…

Piętro niżej, w hallu prezentowano w tym samym czasie serię portretów fotograficznych wykonanych Pawluśkiewiczowi przez Edwarda Grzegorza Funkego. Może nie są to genialne prace, ale całkiem przyzwoite. Ja zostawiłbym połowę z nich, a wtedy efekt byłby zdecydowanie mocniejszy.

Był też koncert muzyki Jana Kantego z udziałem zaproszonych przez niego artystów. Popłynęły w Filharmonii Kaszubskiej piękne nuty „Muzyki filmowej i niefilmowej”, bo tak zapowiedziano wejherowski koncert. Jeśli nie było was tam, możecie żałować…

jan kanty 01

Jan Kanty Pawluśkiewicz na fotografii Edwarda Grzegorza Funkego, Wejherowskie Centrum Kultury

jan kanty 00

Jan Kanty Pawluśkiewicz na fotografii Edwarda Grzegorza Funkego, Wejherowskie Centrum Kultury

jan kanty 02

Jan Kanty Pawluśkiewicz na fotografii Edwarda Grzegorza Funkego, Wejherowskie Centrum Kultury

jan kanty 03

Jan Kanty Pawluśkiewicz na fotografii Edwarda Grzegorza Funkego, Wejherowskie Centrum Kultury

jan kanty 04

Jedna z żel-artowych prac Jana Kantego Pawluśkiewicza zaprezentowanych w Wejherowskim Centrum Kultury

jan kanty 06

Jedna z żel-artowych prac Jana Kantego Pawluśkiewicza zaprezentowanych w Wejherowskim Centrum Kultury

jan kanty 05

Jedna z żel-artowych prac Jana Kantego Pawluśkiewicza zaprezentowanych w Wejherowskim Centrum Kultury

Piętnaście lat

•2019/01/01 • 18 Komentarzy

Jak się znalazła na naszym czwartym piętrze do dziś nie wiemy. Dokładnie piętnaście lat temu, pierwszego stycznia, znaleźliśmy ją stojącą pod drzwiami naszego gdańskiego mieszkania. Mieliśmy gdzieś wychodzić, pewnie na spacer, ale nie wyszliśmy. Za to ona weszła. Do mieszkania weszła. Weszła, jak gdyby nigdy nic. Podreptała wolniutko przez przedpokój, prosto do kuchni. Jakby mieszkała z nami od lat. Zaczęła się rozglądać. Jakby szukała miseczki.

Przez miesiąc wywieszaliśmy w okolicy ogłoszenia o naszym noworocznym znalezisku. Wypytywaliśmy sąsiadów i osiedlowych sklepikarzy. Nikt się po nią nie zgłosił, a i ona nigdzie się od nas nie wybierała. Miała już swoje miseczki i kuwetę ze żwirem. Po kolejnym miesiącu nadaliśmy jej imię. Została Muchą. Nasza kamienicznica nie miała niczego przeciwko nowemu lokatorowi.

Wciąż na nowo, od lat dostarcza nam mnóstwa rozrywki, radości i wzruszeń. Dostarczyła nam też kilkoro kociąt. Nie jej wina, to myśmy się nie wywiązali z obowiązków antykoncepcyjnych. Noo ale dzięki temu mamy jeszcze więcej rozrywki, radości i wzruszeń. Czasem jednak pojawiają się też troski. Wiadomo, Mucha ma już swoje lata, więc czasem choruje. Ostatnio zaczęła ciężko oddychać. Trochę też schudła. Trafiła więc do naszych ulubionych weterynarek. Po diagnostyce orzekły, że to może mieć związek ze złym stanem uzębienia – jakieś ropnie i stany zapalne w jamie ustnej jej się porobiły. Mogły się ponoć przełożyć na to oddychanie oraz wpłynąć na zmniejszony apetyt. Jak człowieka zęby bolą to też niekoniecznie myśli o jedzeniu. Poleciały więc, na początek antybiotyki, a potem badania krwi, by sprawdzić, czy kotka wytrzyma znieczulenie ogólne niezbędne do leczenia paszczy.

Z badań krwi wyszło, że Mucha trzyma się, jak na swój wiek, dobrze. Zaklepaliśmy więc termin zabiegu. Zaraz po świętach zawiozłem ją do przychodni. Na miejscu musiałem podpisać zgodę na zastosowanie znieczulenia ogólnego. Oczywiście zostałem uprzedzony, że w dokumencie umieszczono sformułowanie, że u naszego niemłodego kota, znieczulenie ogólne wiąże się ze „średnim ryzykiem”. Wiadomo czego – śmierci. Pewnie dlatego, że jestem dość rzadkim naleśnikiem drżała mi ręka przy podpisywaniu. A potem siedziałem w domu jak na szpilkach czekając na telefon z przychodni.

W końcu rozległ się długo wyczekiwany dzwonek, a w słuchawce usłyszałem uspokajające słowa – poszło dobrze, za godzinkę możecie państwo przyjechać po Muszkę. Kiedy się pojawiliśmy Mucha już była wybudzona, ale jeszcze mocno skołowaciała. Poinformowano nas, że trzeba było usunąć kotkowi niemal wszystkie pozostałe zęby i zszyć dziąsło po usunięciu ropieni. Dostaliśmy instrukcje jak się dalej opiekować naszym bezzębnym kotem. A prócz instrukcji, dwie strzykawki ze środkiem przeciwbólowym. Wyobrażam sobie ten ból towarzyszący zwierzakowi przez kilka dni po takim zabiegu, przecież też miałem nie tak dawno parę dotkliwych spotkań ze stomatologami. Bolało jak diabli przed trzy dni, a mnie nie usuwano na raz tylu zębów i nie nacinano dziąseł…

Mucha siedzi pod choinką i znosi sytuację bardzo dzielnie. Widać, że chciałaby pojeść swoich ulubionych chrupek, ale nie może. Na razie żywi się głównie mięsnymi i rybnymi sosami oraz galaretkami z bardzo mocno rozdrobnionymi cząsteczkami stałymi. Dostaje też surowego łososia, którego zawsze bardzo lubiła. Tyle, że wcześniej rozprawiała się sama ze sporymi kawałkami, a teraz musimy jej robić… tatar rybny (tyle, że bez przypraw). Tak dokładnie nie siekałem tatara nawet dla siebie. Jak się będę dalej równie dobrze przykładał, to może mnie wezmą na pomocnika w kopenhaskiej Nomy…

Na szczęście, mimo bólu, który na pewno towarzyszy Musze, ma apetyt. Chyba je trochę więcej niż przed zabiegiem. Dużo też śpi, dłużej niż zwykle. Rozumiem ją, ja też wolę przesypiać okołomedyczne cierpienia. Wygląda zatem, że kocie zdrowie idzie ku lepszemu. Bardzo na to liczymy, bo Mucha jest dla nas ważna. Jest z nami przecież niewiele krócej niż nasz syn. On nawet nie pamięta domu bez Muchy. Dla niego kotka była u nas od zawsze…

Mucha pod choinką, dziś w porze poobiedniej.

Mucha pod choinką, dziś w porze poobiedniej.

 

 

 

 

W kościele

•2018/12/31 • 6 Komentarzy
Kościół pod wezwaniem świętej Anny w Konotopie. Pocztówka wydana przez Paula Mohra. Nadana w roku 1915.

Kościół pw. świętej Anny w Konotopie.  Pocztówkę wydał przed 1915 rokiem Paul Mohr.

W tym kościele, który widać na obrazku, zostałem ochrzczony i zaliczyłem pierwszą spowiedź, po której wracałem do domu w tak dziwnym stanie ducha, że miałem wrażenie unoszenia się kilkadziesiąt centymetrów nad dziurawym trotuarem. Tu zaliczyłem też pełny, ośmioletni, podstawówkowy kurs katechezy. Takie to były czasy, że te zajęcia nie odbywały się w szkole, a w kościele. Po lekcjach szło się raz w tygodniu do salki katechetycznej. Nasza mieściła się w pomieszczeniu, którego wejście i zakratowane okno sfotografował (przed I wojną światową), a następnie przerobił na pocztówkę Paul Mohr z Zielonej Góry (wtedy miasto nazywało się Grünberg). Za czasów mojego uczęszczania na „religię” drzwi widocznych na zdjęciu się nie używało, a do salki katechetycznej wchodziło się z nawy kościelnej, wprost spod chóru.

Z katechetycznych zajęć niewiele zapamiętałem, głównie atmosferę nudy, a czasem lekkiego stresu, kiedy nie wykonałem na czas zadana domowego polegającego na narysowaniu w zeszycie jakiejś „świętej” sceny. Bardziej utkwiły mi w głowie wielkie kamienne epitafia, którymi obwieszona była nasza salka. Pierwotnie była ona bowiem kaplicą grobową nad kryptą, w której grzebano właścicieli wsi i ich krewniaków. Kilka było takich krypt w tym kościele. Do jednej z nich udało mi się nawet wejść…

Z jakiegoś nieznanego powodu ksiądz proboszcz nakazał wykucie otworu w ścianie. To była chyba najbardziej emocjonująca katecheza w moim życiu. Wchodziliśmy kolejno, po kilkoro, w cuchnący stęchlizną mrok krypty. Najpierw brudziliśmy ubrania przeciskając się przez ciasną dziurę w ceglanym murze, a potem schodziliśmy po schodach kilka stopni w dół. Kiedy wzrok przyzwyczaił się już do ciemności można było dojrzeć trumny stojące na katafalkach. Były otwarte, ktoś rozpruł blachę i uniósł wieka. Zwisały z nich bure koronkowe strzępy, łatwe do pomylenia z wiekowymi kurtynami gęstych pajęczyn. Wewnątrz trumien poniewierały się jakieś gałgany. Można się było tylko domyślać, że niegdyś musiały to być ubrania z wykwintnych tkanin. Tu i ówdzie błyskały szare kości. Nie pamiętam ile było tych trumien, za to jak cierń wbiła mi się w pamięć malutka dziecięca trumienka. A jakże, wypatroszona…

Z katechez zapamiętałem jeszcze czwarto-, a może piątoklasowy epizod absencyjny. Z miesiąc albo i dwa nie chodziłem do salki. Zamiast na „religię” szedłem ze szkoły do parku przypałacowego i tam oddawałem się rozmyślaniom przez stosowną liczbę minut. Potem zaś wracałem do domu i relacjonowałem swoim bliskim przebieg mojego dnia. Jeśli pytali o kościół, łgałem w żywe oczy. Szybko się wydało i musiałem znów chodzić do salki katechetycznej. Nie pamiętam bym przyznał się co spowodowało moje ucieczki. Indagowany chyba milczałem. A prawda była taka, że czułem mentalny dyskomfort z powodu tego, że ksiądz na każdych zajęciach, opowiadając o Jezusie i świętych, sadzał sobie jakieś dziecko na kolanach. Poczułem go jednak dopiero wówczas, gdy to ja zostałem wezwany na proboszczowskie kolana. Nie, ksiądz nie próbował sięgać do mojego krocza, nie ślinił mnie po policzkach, nie dyszał mi w ucho! Nic takiego mnie nie spotkało, ale już sam fizyczny kontakt z tym obcym człowiekiem budził mój sprzeciw. Po tej przygodzie zacząłem uciekać z religii. Niestety, nie potrafię sobie przypomnieć, czy po moim powrocie na katechezy wzywanie dzieci na kolana było kontynuowane.

Czemu o tym wszystkim piszę? Ano z powodu zbiegu okoliczności. Po pierwsze dlatego, że udało mi się właśnie kupić zaprezentowaną wyżej pocztówkę Paula Mohra. A na niej… nasz kościół. Wysłano ją z Konotopu, między 8.00 a 9.00 rano 17 stycznia 1915 roku, do Roberta Heilmanna z Allendorfu. Nadawczyni swoje serdeczne pozdrowienia pisała dzień wcześniej, chyba w pośpiechu, bo litery stawiane grubym niebieskim ołówkiem kopiowym są mocno kulfonowate, mało kobiece i dalekie od wzorów niemieckiej kaligrafii znanych mi z innych pocztówek tamtych czasów.

Drugą przyczyną mojego wpisu jest przeczytany właśnie artykuł Cezarego Pieńkowskiego zamieszczony w wydawanym przez Uniwersytet Zielonogórski historycznym czasopiśmie „In Gremium”. W tomie szóstym, z roku 2012, na stronach 145-171 autor opisał działania komunistycznej Służby Bezpieczeństwa wobec duchowieństwa lubuskiego, a jednym z „bohaterów” tekstu jest Kazimierz Piechowiak. Jako Tajny Współpracownik został zwerbowany w 1950 roku. Podobno nie trzeba go było długo namawiać gdy przedstawiono mu liczne i udokumentowane skargi na jego zachowanie wobec dziewcząt. Pierwsze złożono już w 1947 roku. W prabuckiej Publicznej Średniej Szkole Zawodowej Kazimierz Piechowiak prowadził zajęcia i miał się dopuszczać molestowania seksualnego uczennic. Wtedy jednak jakoś udało mu się wywinąć ze sprawy. Potem było już gorzej. Najpierw, jak wspomniałem wyżej, zwerbowała go SB, a w 1959 roku, został „karnie” przeniesiony na drugi koniec Polski, do Kolska. Do jego przełożonych dotarły pogłoski o jego nieporządnym prowadzeniu się. I w Kolsku pozostał do emerytury. Przez kilkadziesiąt lat TW „Franek” spotykał się z funkcjonariuszami SB. Był chętny do współpracy. Donosił i brał za to pieniądze. Nawet gdy był już na emeryturze.

Kazimierz Piechowak, ksiądz, który mnie ochrzcił, spowiadał, udzielał Eucharystii i brał dzieci na kolana w czasie katechezy.

 

 

 

Pod choinką

•2018/12/30 • 10 Komentarzy

System listów do Mikołaja sprawdza się, co mogę stwierdzić o zapoznaniu się z tymi wszystkimi paczkami i paczuszkami znalezionymi pod choinką. Oczywiście dominowały książki. Część tytułów była wzmiankowana w moim mikołajowym liście, ale niektóre okazały się radosną improwizacją darczyńców. Oj znają mnie oni dobrze, znają, bo utrafili. Mam co czytać… zwłaszcza, że wciąż jeszcze nie przeczytałem podarku urodzinowego.

Teraz leżę sobie przy drzewku i również przeglądam książkę. Ona jednak prezentem nie była. Dostałem ją wcześniej, ale dotychczas nie miałem czasu nawet na jej porządne przekartkowanie. To wydana niedawno w Kielcach przez Stowarzyszenie Twórcze „Zenit” antologia „13 fantastycznych”. A w niej, między stronami 71-77, moje opowiadanie „Łysiec – Saragossa”. Opowiadanie, to chyba za duże słowo, to raczej figiel literacki.

Byłbym sprezentował tę książeczkę wszystkim zainteresowanym, ale niestety Wydawca przesłał mi tylko jeden egzemplarz, a cenę tomiku wywindował nadmiernie. Trzydzieści pięć złotych to, jak dla mnie, za dużo za miękkie okładki, dość tani papier, czarno-biały druk, format A5 i 112 stron. Nawet wymieniłem z Wydawcą kilka e-maili na ten temat. Ten jednak nie tylko nie wykazał zrozumienia dla moich wątpliwości, ale też, tak to odebrałem, potraktował mnie dość obcesowo. Nie bardzo się również poczuwał by przeprosić za wprowadzenie błędu do mojej notki autorskiej zamieszczonej na stronie 110. W oryginalnej wersji, która została wysłana do wydawnictwa, wspomniałem, że teksty historyczne drukowałem m.in. w „Ludzie” („Lud” to organ Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego). Redaktor „13 fantastycznych” tak jednak przeredagował ów fragment, że wyszło na to, że publikowałem w… „Ludziach”. Zwróciłem na to uwagę (i na jakieś inne drobiazgi), grzecznie i wyłącznie z zamiarem unikania podobnych pomyłek w przyszłości. W odpowiedzi Pan Paweł Chmielewski, będący zarówno prezesem stowarzyszenia, które wydało „13 fantastycznych”, jak i redaktorem tej książki (wymienionym w stopce), tylko się mejlowo naburmuszył. Może miał gorszy dzień.

Po przeczytaniu książeczki mogę stwierdzić, że gorszy dzień musiał mieć także przy jej redagowaniu, bo w opublikowanych opowiadaniach jest trochę błędów. Redaktor Paweł Chmielewski nie uniknął ich także w swoim własnym tekście („Widziałem śmierć galaktyk i wiedźmę wśród bagiennych ogni”, s. 5, 6). Każdy je popełnia, to normalne. Nawet poloniści po przyzwoitych uczelniach, nawet redaktorzy z dużym doświadczeniem, nawet prezesi stowarzyszeń twórczych. Najważniejsze by umieć je poprawić…

Mimo potknięć redakcyjnych opowiadania zawarte w antologii czytało mi się dobrze. Jest wśród nich kilka perełek, które mogą być znakomitym materiałem wyjściowym do większej formy literackiej. Nie zdziwię się, gdy za jakiś czas na półkach księgarskich pojawią się dwie, a może i ze trzy, książki z nazwiskami autorów poznanych przeze mnie przy okazji czytania „13 fantastycznych”. Po lekturze stwierdzam stanowczo, który to już raz, że fantazja ludzka nie zna granic!

Rysunek Jerzego Ozgi do mojego opowiadania zamieszczonego w antologii "13 fantastycznych", Kielce 2018

Rysunek Jerzego Ozgi do mojego opowiadania zamieszczonego w antologii „13 fantastycznych”, Kielce 2018