W Ostrowie można…

•2017/06/14 • Dodaj komentarz

Jadąc do Ostrowa Wielkopolskiego programowo postanowiłem nie robić zdjęć, choć oczywiście, tak na wszelki wypadek, tak w razie Niemca, wziąłem mały fotograficzny notesik. Owszem, łapy świerzbiły, ale starałem się nie nadużywać spustu migawki. I zdaje się, że więcej niż dziesięciu fotografii, to w Ostrowie nie zrobiłem.

Noo ale, cóż można robić na początku czerwca w Ostrowie Wielkopolskim? Teraz już doskonale wiem. Można na przykład przez parę dni oglądać polskie filmy na Festiwalu Filmowym im. Krzysztofa Komedy. Ciekawy to festiwal filmowy, bo ukierunkowany na… muzykę. Filmową, a jakże!

W tym roku jury, w którym zasiada m.in. Jan Kanty Pawluśkiewicz, uznało, że najlepsza muzyka była w „Wołyniu”, więc to Mikołaj Trzaska zgarnął 30 tysięcy złotych. A za chwilę jeszcze pięć tysięcy od głównego sponsora festiwalu, firmy PUPIL Foods. Laureat usłyszawszy nazwę fundatora spodziewał się, jak oświadczył ze sceny, paru worków psich chrupek.

Gala kończąca festiwal była bardzo przyjemna – mało zadęcia, a sporo humoru, którego nie żałowali widzom jurorzy, organizatorzy, a także konferansjer, Paweł Sztompke.

Filmy festiwalowe w zdecydowanej większości widziałem już wcześniej, ale po prawdzie dopiero ten festiwal skłonił mnie do uważnego wysłuchania muzyki. A przy okazji się dowiedziałem, że Wojciech Smarzowski to rozrzutny reżyser, bowiem w całym „Wołyniu” muzykę Trzaski wykorzystał jedynie podczas kilku minut… napisów końcowych.

Aaa, przypomniało mi się, że widziałem jednak jeden film po raz pierwszy – „Beksińscy. Album wideofoniczny”. Powiadam Wam – znakomity dokument! A i muzyka w nim świetna.

Wniosek końcowy: jest co robić w Ostrowie Wielkopolskim w czerwcu. Całkiem niesłużbowo i zupełnie niefotograficznie.

Trofeum z Ostrowa Wielkopolskiego

Trofeum z Ostrowa Wielkopolskiego

Co się robi w soboty

•2017/05/25 • 2 komentarze

Wiadomo, co się robi w majowe soboty – fotografuje się przyjęcia komunijne. Pojechałem więc do Janowa by się spotkać ze zleceniodawcami, miłą rodziną z Rumi. Trafili się bardzo fajni ludzie. W niewielkiej grupce było trzech Krzyśków, w tym ja. Stanowiliśmy zatem jakieś 25% składu osobowego. A jak powszechnie wiadomo, wszystkie Krzyśki, to fajne chłopaki.  Było więc wesoło.

Najpierw kilka obowiązkowych fotografii bohatera dnia, czyli Bartka, z bliskimi. W kościele i przed nim, w różnych układach osobowych, bo każdy chce mieć zdjęcie z przystojnym młodzieńcem. Ale nie tylko z rodziną warto się uwiecznić – koledzy też są przecież ważni.

A potem niespieszny spacer w kierunku okolicznego mikroparku i… placu zabaw. No bo, fakt że się przed chwilą przyjmowało po raz pierwszy komunię, wcale nie oznacza konieczności wyrzeczenia się dziecięcych rozrywek. Alba poszła więc szybko na bok i wreszcie można się było oddać zabawie. Białą szatkę przejęli starsi. Mieli w kocu okazję do sprawdzenia, jak by w niej wyglądali, bo swoją pierwszą komunię przyjmowali w zwykłych granatowych garniturkach. Ach, kiedyż to było…

Jak widać na fotografiach, grono było nie dość, że kameralne, to jeszcze niezwykle sympatyczne, więc problemów z nawiązaniem kontaktu nie zaobserwowałem. Choć muszę przyznać, że przez chwilę najmniejsi uczestnicy rodzinnego spaceru próbowali wziąć nogi za pas i ukryć się za okolicznymi drzewami przed obiektywem.

Że mało fotografii wrzuciłem? Że tylko czarno-białe? Jak chcecie barwniejszych obrazków i zdecydowanie większej ilości, to musicie się po nie zgłosić do tej sympatycznej rodzinki ze zdjęć. Szukajcie ich w Rumi, całkiem niedaleko kościoła pod wezwaniem świętego Jana z Kęt. Sporo ich zrobiłem w to sobotnie przedpołudnie. A potem… pognałem na następne komunijne przyjęcie.

Bo wiadomo co się robi w majowe soboty…

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Okazja pierwszokomunijna na rumskim Janowie

Zagadka przy okazji

•2017/05/20 • 2 komentarze

Jakiś czas temu, miła pani Pia pracująca dla Europejskiej Agencji Środowiska skontaktowała się, by zapytać o warunki, na jakich mogłaby wykorzystać jedną z moich fotografii. Jak powszechnie wiadomo, jestem otwarty na wszelkie rozmowy, więc nie było najmniejszych problemów z porozumieniem. Miesiąc później, czyli dziś, dostałem efekt końcowy – biuletyn informacyjny na temat unijnej dyrektywy dotyczącej handlu prawami do emisji gazów cieplarnianych. A na jego okładce – fotografia mojego autorstwa (ta większa). 

I tu pojawia się okazja do postawienia zagadki. W jakim mieście wykonałem tę „okładkową” fotografię? Zgadnie ktoś? Wiem, łatwo nie będzie, bo mało charakterystycznych detali. Oryginalny kadr był trochę szerszy i zdradzał więcej elementów ułatwiających identyfikację lokalizacji. Pierwsza osoba, która w komentarzu do wpisu poda nazwę miasta, dostanie ode mnie selfiestick.

A tak na marginesie, czy jest jakaś polska nazwa na to urządzenie? Za wymyślenie czegoś oryginalnego i rozsądnego też powinna być nagroda.

Pomyślę o tym…

Okładka biuletynu: Application of the EU Emissions Trading Directive.

Okładka biuletynu: Application of the EU Emissions Trading Directive.

Powrót do Zimy

•2017/05/10 • 6 komentarzy

Jesienią ubiegłego roku fotografowałem zimę,  a właściwie Zimę, bo taki tytuł nosi ostatnia płyta New Model Army. Rzecz jasna nie płytę fotografowałem, ale zespół wykonujący muzykę na niej zawartą. Rzecz działa się 12 października w gdyńskim klubie Ucho.  Jak zawsze w takich razach uwierał mnie dylemat – bardziej fotografować, czy może raczej słuchać. I znów stanąłem w mało komfortowym rozkroku. Trochę zdjęć zrobiłem i trochę posłuchałem. Nie mam wyjścia chyba muszę chodzić dwukrotnie na koncert tego samego zespołu – na jednym będę słuchał, a na drugim fotografował.

Koncert w Uchu udał się bardzo, bo też Justin Sullivan jest gościem szybko łapiącym kontakt z publicznością, a tworzona przez jego zespół muzyka też do trudnych w odbiorze nie należy. Huśta słuchaczami ciskając ich od nastroju zamyślenia po rewolucyjną furię. Materiał na płycie Winter wybitnie sprzyja takiemu rozchwianiu, bo obok energetycznego Burn the Castle mamy też wolniejsze, ale emocjonalnie niepokojące Part the Waters. Jako całość płyta jest jednak raczej dynamiczna, a w dodatku ma surowe brzmienie – tak jak lubię. Ilekroć ją odtwarzam mam wrażenie, że to raczej zapis próby niż studyjnego cyzelowania dźwięków. Emocje, zaangażowanie, gniew, bunt, złość, żal, współczucie – może właśnie dzięki  chropawości dźwięków wyraźniej czuje się to wszystko w muzyce płynącej z głośników. Tak, zdecydowanie podoba mi się ta płyta. A dostałem ją w prezencie od koleżanki, kilka dni przed koncertem. Może kto ją zna – Ania z Nulka Szyje (https://www.facebook.com/anna.michno.940) Nie dość, że utalentowana, to jeszcze hojna! Dziękuję Aniu!

Pod sceną w Uchu obiecałem sympatycznym nieznajomym, że za jakiś czas udostępnię w sieci kilka zdjęć z koncertu. W związku z tym, że „jakiś czas” z pewnością już minął, chyba nawet parę razy, wrzucam obiecane fotografie.

Kiedy tak na nie patrzę to, mimo upływu czasu, wciąż mam w głowie muzykę, którą wówczas grał Justin Sullivan z kolegami. Słucham jej znów od kilku dni podczas komputerowego obrabiania stert komunijnych fotek. Przyniosłem sobie z półeczki płytowej Thunder and Consolation, The Love of Hopeless Causes, Raw Melody Men i parę innych. Wszystkim fanom NMA życzę podobnie spędzonych dni.

PS. Zdarzyło się też tak, że zaczepiła mnie w mieście znana mi z widzenia pannica. Poprosiła o przesłanie e-mailem paru zdjęć z tegoż koncertu NMA, bo była i widziała mnie z aparatem. Czemu nie – wysłałem. Myślicie, że dostałem od pannicy Agnieszki zwrotnego e-maila z jednym choćby słowem, bo ja wiem, może „dziękuję”?

Życie

New Model Army w gdyńskim klubie Ucho, 12 października 2016 r.

New Model Army w gdyńskim klubie Ucho, 12 października 2016 r.

New Model Army w gdyńskim klubie Ucho, 12 października 2016 r.

New Model Army w gdyńskim klubie Ucho, 12 października 2016 r.

EPNv700_IFD1600_01_27sm

New Model Army w gdyńskim klubie Ucho, 12 października 2016 r.

EPNv700_IFD1600_01_21sm

New Model Army w gdyńskim klubie Ucho, 12 października 2016 r.

EPNv700_IFD1600_01_12sm

New Model Army w gdyńskim klubie Ucho, 12 października 2016 r.

New Model Army w gdyńskim klubie Ucho, 12 października 2016 r.

New Model Army w gdyńskim klubie Ucho, 12 października 2016 r.

EPNv700_IFD1600_01_17sm

New Model Army w gdyńskim klubie Ucho, 12 października 2016 r.

EPNv700_IFD1600_01_11sm

New Model Army w gdyńskim klubie Ucho, 12 października 2016 r.

EPNv700_IFD1600_01_32sm

New Model Army w gdyńskim klubie Ucho, 12 października 2016 r.

EPNv700_IFD1600_01_23sm

New Model Army w gdyńskim klubie Ucho, 12 października 2016 r.

EPNv700_IFD1600_01_35sm

New Model Army w gdyńskim klubie Ucho, 12 października 2016 r.

Labor omnia vincit

•2017/05/08 • 2 komentarze

Trzy miesiące chorowania wydrenowały mi portfel do cna. Prywatne wizyty, szybsze badania, lekarstwa – wszystko miało swoją cenę. A zarabiać nie byłem w stanie. Jestem czarnowidzem, więc wiadomo w jakich kolorach widziałem przyszłość…

Maj nasycony wiosennym światłem oraz… ceremoniami religijnymi wyciągnął do mnie rękę. Dostałem trochę zleceń fotograficznych, które zdecydowałem się przyjąć, choć nie powiedziałbym o sobie, że jestem w pełni sił. Uznałem, że dam radę, że muszę dać radę.

Na pierwszy ogień poszła podróż do Ośrodka Jeździeckiego Hajduki w Chynowiu, gdzie  rodzice urządzili Mikołajowi pierwszokomunijne przyjęcie. Tu, w pięknych okolicznościach przyrody,  zgromadzona rodzina i goście mogli odetchnąć po części oficjalnej i  oddać się atmosferze radosnego świętowania. Starałem się za bardzo nie zakłócać tej sielanki, jednak przed obiektyw musiałem wszystkich zapędzić, choćby na chwilę.

Tata Mikołaja, przed laty, do swojej pierwszej komunii przystępował w garniturku, nic więc dziwnego, że przez chwilę zapragnął sprawdzić jak leżałaby na nim synowska alba. Mama z uśmiechem i niejakim wzruszeniem prezentowała komunijny medalik syna, a wszyscy goście grzecznie zebrali się do zbiorowej fotografii. Mikołaj zaś sprawiał wrażenie, że przede wszystkim nie może doczekać się tortu, a jeszcze bardziej obiecanych przejażdżek dorożką. Naprawdę dobrze zniósł robotę godną misia z Krupówek i cierpliwie ustawiał się do zdjęć ze wszystkimi wujkami i ciociami. Zuch chłopak!

W czasie naszego spotkania w Chynowiu powstało sporo fotografii, w tym trzydzieści natychmiastowych instaksów. By je wszystkie zobaczyć, musicie się zgłosić do Mikołaja i jego rodziców. A ode mnie macie tylko króciutkie wspomnienie niedzielnego popołudnia.

Dałem radę! Ale wciąż jeszcze nie wiem z czego się bardziej cieszę, że fizycznie udźwignąłem, czy z przelewu na konto łatającego część debetu. Na pewno jednak również z tego, że zdjęcia podobały się zleceniodawcom.

Tata Mikołaja w przymiarce synowskiej alby.

Tata Mikołaja w przymiarce synowskiej alby.

Mama Mikołaja, dumna i szczęśliwa z pamiątkowym medalikiem syna.

Mama Mikołaja, dumna i szczęśliwa z pamiątkowym medalikiem syna.

 

No i sam wspomniany medalik - klasycznie, dla chłopca z Jezusem.

No i sam wspomniany medalik – klasycznie, dla chłopca z Jezusem.

 

No i wreszcie sam Mikołaj! Ostre słońce nie sprzyjało fotografowaniu, ale proszę nie strzelać do fotografa - robił co mógł.

No i wreszcie sam Mikołaj! Ostre słońce nie sprzyjało fotografowaniu, ale proszę nie strzelać do fotografa – robił co mógł.

 

Goście w komplecie.

Goście w komplecie.

 

No i wreszcie to, na co czekał Mikołaj - tort. Po prawdzie, były chyba ze trzy!

No i wreszcie to, na co czekał Mikołaj – tort. Po prawdzie, były chyba ze trzy!

 

Były też obiecane przejażdżki bryczką. W końcu to Hajduki!

Były też obiecane przejażdżki bryczką. W końcu to Hajduki!

 

Zdaje się, że przejażdżkowa część programu najbardziej podobała się małym gościom imprezy komunijnej Mikołaja.

Zdaje się, że przejażdżkowa część programu najbardziej podobała się małym gościom imprezy komunijnej Mikołaja.

A rodzice byli szczęśliwi, że ich pociechy dobrze się bawią. I ja tam byłem - gorącą herbatę wypiłem. Z cytryną.

A rodzice byli szczęśliwi, że ich pociechy dobrze się bawią. I ja tam byłem – gorącą herbatę wypiłem. Z cytryną.

 

Powoli

•2017/05/03 • 16 komentarzy

Straszne trzy miesiące minęły. Walka z organizmem, którą w tym czasie toczyłem była bardzo trudna. Zmagania z systemem opieki medycznej też nie były łatwe. Czasem miałem wrażenie, że ludzie w nim pracujący najchętniej by się pozbyli kłopotliwych pacjentów. Raz na zawsze. Za to godziny spędzone wśród innych cierpiących ludzi dostarczyły mi sporo ciekawych historii. Starczyło by ich na trzy powieści, albo kilka sezonów dowolnego serialu. Starczyłoby, gdybym słuchał uważnie. Robiłem to jednak tylko wtedy, gdy działały środki przeciwbólowe. Dziś mija tydzień od ostatniej wizyty w gabinecie lekarskim. I wygląda na to, że lekarze nie zatopią po raz trzeci skalpeli w moim  organizmie. Póki co… Czyli mam trochę wolnego od radzieckiej medycyny? Zdaje się, że tak. Tak mi się zdaje.

Wracam więc do świata żywych. Czy dla fotografa może być lepszy termin powrotu do aktywności niż Światowy Dzień Fotografii Otworkowej? W tym roku przypadł on na 30 kwietnia. Cała idea imprezy sprowadza się do tego by tego dnia oderwać się na chwilę od codziennych obowiązków, rzucić w kąt zaawansowane technologicznie urządzenia fotograficzne i wziąć udział w prostym akcie tworzenia fotografii otworkowej. A potem podzielić się efektem uzyskanym przy zastosowaniu tej historycznej techniki fotograficznej.

Nie szukałem specjalnie pleneru by zrobić otworkowe zdjęcie. Sił wciąż trochę brakowało. Skończyło się na niechlujnym ustawieniu na ogródku mojego Rolleia, który posłużył za modela. Maszyną fotografującą był ten sam co w zeszłym roku otworkowiec DIY, choć ciut zmodyfikowany. Załadowałem mu kasetę dwoma arkuszami filmu ORWO NP 20 formatu 9×12 cm. Przeterminowanego, oczywiście… Ważność skończyła mu się w sierpniu 1992 r. Używanie takich materiałów zawsze niesie ze sobą ryzyko niespodzianek. Zwłaszcza jeśli nie przetestowało się wcześniej ani jednego arkusza z nowo otwartego pudełeczka. No ale co tam, moje doświadczenia z przeterminowanymi materiałami światłoczułymi z Wolfen były całkiem dobre, więc nie wahałem się ani chwili.

Pogoda dopisała – niebo było lekko zaciągnięte warstwą wędrujących chmur, dzięki czemu kontrasty nie były zbyt ostre. Nie zawracałem sobie głowy mierzeniem światła, naświetlałem na węch. Pierwszy arkusz eksponowałem przez dziewięć sekund, a drugi dwa razy dłużej. Dla porównania daję skany obu ujęć. Arkusze wywoływałem w R09 (1+40) przez 11 minut w temperaturze 20 stopni uprzednio namaczając je w wodzie przez pięć minut. Koreks był turlany nieustannie po podłodze ręcznie, gdyż okazało się, że napęd do obracania koreksów wziął i się zepsuł, a procesora nie chciało mi się wyciągać z kartonu, do którego trafił kiedy zacząłem chorować. Jak widać na załączonych skanach, fotografowanie kamerą otworkową na przeterminowanych o dwadzieścia pięć lat filmach powiodło się. A po wszystkim otworkowiec również został uwieczniony na zdjęciu – już klasycznie – przez obiektyw. Ja zaś posłużyłem fotografującej żonie za bohatera drugiego planu.

Technika fotografowania kamerą otworkową, oraz efekty uzyskiwane dzięki niej bardzo współgrają z moim aktualnym stanem ducha i organizmu. Długo bym musiał wyjaśniać, co to znaczy, a nie bardzo mam siłę  i ochotę. Może kiedyś, jak mi ktoś przypomni. A tymczasem życzę Państwu dobrego zdrowia i upraszam o wybaczenie, że nie odpisywałem zbyt często na Wasze listy. Będę się poprawiał, z czasem.

Powoli…

Fotografowane kamerą otworkową 4x5 cala (44 mm/f133) na filmie ORWO NP 20 (9x12 cm). Czas naświetlania - 8-9 sekund. Wywołano w R09 (1+40), 20 stopni C - 11 minut ciągłej agitacji ze wstępnym namaczaniem (5 min).

Fotografowane kamerą otworkową 4×5 cala (44 mm/f133) na filmie ORWO NP 20 (9×12 cm). Czas naświetlania – 8-9 sekund. Wywołano w R09 (1+40), 20 stopni C – 11 minut ciągłej agitacji ze wstępnym namaczaniem (5 min).

Fotografowane kamerą otworkową 4x5 cala (44 mm/f133) na filmie ORWO NP 20 (9x12 cm). Czas naświetlania - 17-18 sekund. Wywołano w R09 (1+40), 20 stopni C - 11 minut ciągłej agitacji ze wstępnym namaczaniem (5 min).

Fotografowane kamerą otworkową 4×5 cala (44 mm/f133) na filmie ORWO NP 20 (9×12 cm). Czas naświetlania – 17-18 sekund. Wywołano w R09 (1+40), 20 stopni C – 11 minut ciągłej agitacji ze wstępnym namaczaniem (5 min).

Bohaterowie dwóch planów

Bohaterowie dwóch planów

Tak, pomogę.

•2017/01/13 • 13 komentarzy

Ja byłem w szpitalu Marynarki Wojennej i na Zaspie, moja żona na Klinicznej, a syn na Polankach. I to nie w ramach odwiedzania chorych. Wszyscyśmy widzieli w każdej ze wspomnianych placówek sprzęt medyczny oklejony charakterystycznymi serduszkami. Nie były to atrapy z kartonu, tylko w pełni sprawne maszyny robiące „piip”. Można więc powiedzieć, że wielokrotnie na własnej skórze przekonaliśmy się o sensowności działań Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dlatego od zawsze staramy się do Orkiestrowego trudu dołożyć naszą własną cegiełkę.

W tym roku mamy nadzieję, że ktoś śpiący na forsie zechce wylicytować zaproszenie na analogową, portretową, plenerową sesję fotograficzną od Pracowni Pozytyw. Papierzane zaproszenie trafiło już kilka dni temu do wejherowskiego sztabu WOŚP, mieszczącego się w Filharmonii Kaszubskiej. I właśnie tam będzie można to zaproszenie wylicytować w niedzielę.

Licytujcie wysoko 15 stycznia, bo warto! Sesja będzie wykonana na światłoczułych materiałach srebrowych, czyli na czarno-białym filmie fotograficznym formatu 9×12 cm. A w dodatku fotografie zrobię moją piękną miechową Tachiharą. Możecie ją zobaczyć na zaproszeniu zamieszczonym niżej.

Aparaty te były przez wiele lat tworzone w małej manufakturze rodziny Tachihara w Japonii. Budowano je z drewna wiśniowego pozyskiwanego z pradawnych sadów w prowincji Hidaka, na wyspie Hokkaido. Drewno musiało być stare, dobierano takie, które miało minimum 300 lat. Po pocięciu sezonowano je przez minimum 3 lata, dopiero po takim czasie mogło trafić do wytwórni aparatów. Z tak przygotowanego surowca wykonywano ręcznie, tradycyjnymi metodami wszystkie drewniane elementy kamer, zaś elementy pracujące mechanicznie zabezpieczano metalowymi okuciami. Rocznie powstawało zaledwie kilkaset takich aparatów, a każdy z nich był ręcznie numerowany. Niestety, senior rodu Tachihara zmarł, a jego synowie nie byli zainteresowani dalszym prowadzeniem niskodochodowego biznesu. Dlatego od kilkunastu lat już nie powstają nowe Tachihary.

Każdy, kto widział Tachiharę na własne oczy nie ma wątpliwości, że to piękny aparat. A ja mogę dodać, że takie są też zdjęcia powstające z jej użyciem. Wystarczy podpiąć przyzwoity obiektyw, załadować do kaset arkusze markowego materiału światłoczułego i schować za czarną tkaniną zasłony doświadczonego fotografa – końcowy efekt z całą pewnością będzie wart zachodu. I każdej Waszej złotówki, która trafi na konto WOŚP.

W ósmej minucie filmiku zamieszczonego w poniższym odsyłaczu wejherowski koordynator WOŚP wspomina o zaproszeniu i nim powiewa.

http://www.telewizjattm.pl/…/…/41222-sebastian-niewola.html…

***

***