Z potańcówki

•2017/08/22 • Dodaj komentarz

Na niedzielne popołudnie zaplanowano na wejherowskim rynku potańcówkę. Ale ani taką techno, ani taką disco, raczej retro. A, że ludzi dość trudno skłonić do podejmowania działań w przestrzeni publicznej, nawet rozrywkowych, to prowadzenie imprezy powierzono aktorom warszawskiego teatru „Pijana Sypialnia”. Choć mają spore doświadczenie animacyjne, to byłem sceptyczny w ocenie ich możliwości poruszenia wejherowian.

Sporo ludzi się zebrało już przed 17.00, na którą wyznaczono początek zabawy. Początkowo ludność była z lekka skrępowana i w zabawach uczestniczyły przede wszystkim dzieci, ciekawe wszystkich tych rzeczy, które były dla nich z nowością. Drugą grupą bawiąca się świetnie od samego początku była społeczność Wejherowskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Ci przyszli absolutnie przygotowani, w strojach stylizowanych na przedwojnie.

Wodzireje z „Pijanej Sypialni” spisali się doskonale i dość szybko udało im się wciągnąć do pląsów sporą grupkę gapiów. Działał mechanizm śnieżnej kuli – im bawiących się było więcej, tym szybciej przybywali kolejni. A przy muzyce granej przez na żywo przez sympatyczny kwintecik, wejherowianie mieli okazję nie tylko się pobawić, ale również nauczyć podstawowych kroków kilku nieco zapomnianych jakby tańców. Były więc poleczki, sztajery, fokstroty, walczyki. Co odważniejsi mogli wziąć udział w tanecznych i wokalnych konkursach. A wszystko w atmosferze nieskrępowanej zabawy i ogólnego śmiechu. Kiedy nadszedł czas zakończenia okazało się, że ludzie chętnie bawiliby się dalej.

Naprawdę przyjemnie fotografowało mi się tych zadowolonych, uśmiechniętych ludzi. Tego dnia robiłem zdjęcia trzema aparatami – cyfrakiem, starą Franką Solidą, na przeterminowanym negatywie ORWO, oraz Automatic Land Camera 101, na natychmiastowych ładunkach czarno-białych FP-3000B oraz barwnych FP-100C. Przeterminowanych, a jakże.

I dobrze się przy tym bawiłem.

Na razie pierwsza partia zdjęć, a wraz z postępami skanowania będę dorzucał kolejne.

 

EPN700_00

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

EPN700_020

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

EPN700_011

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

EPN700_004

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

EPN700_018

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

EPN700_019

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

EPN700_005

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

EPN700_009

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

EPN700_014

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

EPN700_002

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

EPN700_007

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

EPN700_012

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

EPN700_017

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

EPN700_006

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

EPN700_022

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

EPN700_000

Potańcówka w Wejherowie, 15 sierpnia 2017 r.

Po cichu

•2017/08/14 • Dodaj komentarz

 

Tydzień temu minęła czwarta rocznica śmierci George’a Duke’a. Po cichu minęła. Jakoś nie znalazłem w naszych mediach żadnej wspomnieniowej notki o nim. Nawet w internetach. Może źle szukałem…

A przecież, to była niezwykle ważna postać dla muzyki. Ode mnie należy mu się choćby krótka wzmianka, bo raz, że lubiłem to co robił, dwa, że w 2009 roku zrobiłem mu kilka zdjęć podczas koncertu w Gdyni, a trzy, że kilka tygodni po jego występie dostałem z Santa Monica przesyłkę. Była w niej jedna z moich fotografii wysłanych Georgowi Dukowi po gdyńskim koncercie, ale już z jego podpisem.

Mnie jeszcze na świecie nie było, a George Duke już grał zawodowo w klubie Half Note, na przykład z Jarreau czy Gillespiem! W roku moich urodzin zaczął pracę z Pontym, co zaowocowało płytą „King Kong” z muzyką Franka Zappy. Rok później George Duke dołączył do zespołu szalonego Franka. Zdaje się, że współpraca z Zappą była jednym z przełomów w karierze. Nie tylko dlatego, że ten namówił Georga do śpiewania. Jeśli uważnie posłuchacie płyty „Mothers of Invention” znajdziecie na niej wyraźne piętno brzmieniowe odciśnięte przez Duke’a. Tym samym wpisał się do historii awangardy jazzrockowego świata.

A jego talent do poruszania się po obrzeżach różnych gatunków muzycznych i łączenia ich? Jeśli pamiętacie muzyczne dialogi Duke’a z Johnnym Watsonem z „She Heard Me Cry”, to wiecie o czym piszę. Nikt chyba tak pięknie nie łączył soulu z bluesem.

Dzięki nagraniom, które dokonał ze Stanleyem Clarkiem, jestem mu wstanie wybaczyć nawet późniejszą wycieczkę w świat komercji. „A Brazilian Love Affair”, czy „Dream On” nie są może z mojej muzycznej bajki, ale niewątpliwie świadczą o wszechstronności George’a Duke’a.

Ile zawdzięczają Duke’owi jako aranżerowi i producentowi nagrań inni muzycy można by pisać wiele. Nie wiem, czy sukcesy Barry’ego Manilowa, Anity Baker, Diany Reevs byłyby tak znaczące bez jego wkładu. Sam Miles Davies nie mógł się nachwalić talentu Duka, który miał spory udział w płytach „Amandla” i „Tutu”.

Koncerty Georga Duka zawsze były eksplozją energii i radości grania. Prezentował na nich przekrój swojej twórczości i zabierał słuchaczy w szaloną podróż do krainy soulu, jazzu, funku, i przedziwnego miksu disco z gospel.

Zmarł 5 sierpnia 2013 roku. Myślicie, że któraś z naszych rozgłośni zgrała w rocznicę tej śmierci jakąś piosenkę Georga?

George Duke na scenie klubu Pokład w Gdyni 13 maja 2009 r.

George Duke na scenie klubu Pokład w Gdyni 13 maja 2009 r.

 

George Duke na scenie klubu Pokład w Gdyni 13 maja 2009 r.

George Duke na scenie klubu Pokład w Gdyni 13 maja 2009 r.

George_02

George Duke na scenie klubu Pokład w Gdyni 13 maja 2009 r.

George_0

George Duke na scenie klubu Pokład w Gdyni 13 maja 2009 r.

George_01

George Duke na scenie klubu Pokład w Gdyni 13 maja 2009 r.

George_00

George Duke na scenie klubu Pokład w Gdyni 13 maja 2009 r.

Przetestowałem

•2017/08/10 • Dodaj komentarz

Staram się by produkty fotograficzne dla moich klientów były dobre jakościowo, a jednocześnie nie drenowały nadmiernie portfela. Dlatego od czasu do czasu testuję nowych usługodawców. A jeśli ich oferta spodoba mi się, proponuję ją swoim zleceniodawcom.

Ostatnio miałem okazję sprawdzić jeden z produktów firmy Saal Digital udostępniony w ramach akcji promocyjnej. Przyjemne było to, że sam mogłem zdecydować, na co przeznaczę kupon promocyjny, a jeśli zdecydowałbym się na coś droższego niż wartość kuponu (200 PLN) musiałbym jedynie dopłacić różnicę w cenie. Jeślibym nie przekroczył tej wartości, zapłaciłbym jedynie 20 PLN za wysyłkę. Rozsądne rozwiązanie.

Do testu wybrałem fotoksiażkę formatu 28×19 cm w układzie horyzontalnym. Wypełniłem ją fotografiami wykonanymi w maju na jednym z przyjęć komunijnych. Pierwszą połowę z 26 stron fotoksiążki zapełniły zdjęcia kolorowe, a druga część czarno-białe. W ten sposób mogłem sprawdzić sposób oddawania kolorów, przejść tonalnych i potencjalne zafarby na obrazach monochromatycznych.

Układ fotografii na stronach, ramki i inne dodatki skomponowano w firmowym programie Saal Digital. Obsługa była banalnie prosta, bardzo intuicyjna. Sądzę, że z tym oprogramowaniem poradzi sobie nawet osoba bez jakiegokolwiek doświadczenia. Program nie jest bardzo rozbudowany i być może warto pokusić się o dodanie kilku opcji dla osób bardziej zaawansowanych.

Zamówienie z projektem fotoksiążki złożyłem 1 czerwca, a 7 czerwca dostałem wiadomość, że zostało zrealizowane i trafiło do wysyłki. Dobrym rozwiązaniem jest udostępnienie klientom możliwości śledzenia trasy przesyłki w serwisie DHL. Niestety, szczegóły drogi można śledzić jedynie póki przesyłka jest na terenie Niemiec. Po przekroczeniu granicy nie jesteśmy informowani, gdzie dokładnie jest nasza paczka. A już zupełną pomyłką jest czas dostawy kurierskiej. Nadano w Augsburgu 7 czerwca o 20.32, a do Wejherowa trafiła 14 czerwca o 14.15. Przed pierwszą wojną światową przesyłki pokonywały tę samą trasę w trzy dni!

Dostarczoną fotoksiążkę zapakowana starannie w piankę i worek foliowy, zaś całość umieszczono w pudełku z grubej tektury. Po  odpakowaniu i wzięciu fotoksiążki do ręki miałem bardzo pozytywne wrażenia. Jakość błyszczącego papieru fotograficznego była doskonała, drukowi także nie można było niczego zarzucić. Dokładne oddanie kolorów i brak jakichkolwiek zafarbów w fotografiach czarno-białych. Wszystkie zdjęcia wydrukowano z należytym oddaniem detali i dobrą rozpiętością tonalną.

Zlecona przeze mnie książka ma grubą okładkę pokrytą płótnem (bez watowania) w kolorze jasnoniebieskim. Nadruk tytułowy umieszczony na froncie okładki oraz na jej grzbiecie jest bardzo dobrej jakości. Jedynym drobiazgiem, do którego można się przyczepić, jest lekko łukowate odkształcenie okładek spowodowane zapewne szybkim schnięciem kleju introligatorskiego i obkurczaniem tkaniny. Po umieszczeniu fotoksiążki pod obciążeniem na kilka godzin powinno zniwelować to odkształcenie. Do klejenia poszczególnych stron wewnątrz książki nie mam żadnych zastrzeżeń. Nie znalazłem nigdzie pęknięć, rys, bąbli, rozwarstwień, pęknięć.

Na plus Saal Digital zaliczam fakt, że producent nie nadrukował nigdzie swojego logotypu, a jedynym znakiem nie pochodzącym ode mnie był mikroskopijny kod kreskowy w lewym dolnym rogu tylnej strony okładki. Można go usunąć na etapie projektowania fotoksiążki, po zapłaceniu dodatkowych 25 PLN.

Czy będę polecał produkty Saal Digital swoim klientom? Tak, tym, którzy mają zasobniejsze portfele, bowiem pozapromocyjne ceny są dość wysokie jak na polski rynek. No i będę podkreślał stanowczo za długi, jak na firmę kurierską, czas dostawy.

 

zosia1

***

zosia1a

***

zosia7

***

zosia2

***

zosia3

***

zosia4

***

zosia5

***

zosia6

***

 

 

Reanimacja czterdziestolatków

•2017/07/30 • 4 komentarze

To było jakieś czterdzieści lat temu. To było dokładnie czterdzieści lat temu. W lipcu to było. A dokładnie – dwudziestego piątego lipca. Dostałem od dziadka imieninowy prezent. Ze wszystkich prezentów jakie od niego dostałem pamiętam tylko ten jeden. Nie wiem czemu nie zapamiętałem żadnego z innych dziadkowych podarków. Nie wiem też, co skłoniło go by kupić właśnie to, co zaskoczony wyjąłem z pudełka.

Aparat! To był aparat fotograficzny! Musiałem chyba coś wspominać w domu, że go dostałem. Ale skąd w ogóle się dowiedziałem o fotografii? Może Adam Słodowy przedstawiał jakąś fotograficzną konstrukcję w swoich programach? Kompletnie nie mam pomysłu co do inspiracji. Jest jednak faktem niezaprzeczalnym, że 25 lipca 1977 roku dostałem pierwszy w życiu aparat fotograficzny!

Ami 66 zapakowany w pudło z grubego kartonu, na którym widniała zajmująca całe wieczko czarno-biała litera „a”. Czarno-biała, bo tworzył ją czarny kształt podziurkowany białymi kółkami, jak z bardzo grubego rastra. A może to nie było nawiązanie do rastra lecz do nadruku naniesionego na frontową część obiektywu. Nadruk, jak sądzę, miał przypominać z daleka komórki światłomierza selenowego. Ot, taki dizajnerski pomysł.

Czasem wydaje mi się, że wciąż pamiętam zapach tego aparatu, charakterystyczną woń styropolu. I to, że był lekki, nawet w odczuciu ośmiolatka. Wiem na pewno, że razem z aparatem dostałem rolkę filmu. Jakiego? Znając ówczesne realia naszego kraju był to jakiś Fotopan, choć możliwe, że trafił mi się któryś z filmów ORWO. Przypominam sobie czerwoną barwę papieru zabezpieczającego film przed naświetleniem. Zarówno Fotopany, jak filmy i ORWO miały papier w tym kolorze. Zatem zagadki pierwszego filmu już nie rozwiążę. No a najgorsze jest to, że nie wiem, czy udało mi się zrobić tym aparatem jakąkolwiek fotografię. Czy w ogóle ten pierwszy negatyw trafił do wywołania? Kiedy dostałem aparat, dziadek jeszcze jakoś funkcjonował, choć już wiedział, że umiera na raka. Wkrótce jego stan szybko się pogorszył. A rok później nie żył. Być może nie miał głowy i sił do zajmowania się zlecaniem wywoływania filmu z mojego aparatu.

Przeglądając stare zdjęcia z naszego domu znalazłem jedną odbitkę, która mogłaby pochodzić z tego filmu. Stykówka 6×6 cm z charakterystyczną winietą i nieostrościami. Jest też lekko poruszona, a o to niewprawnemu, młodocianemu fotografowi było łatwo przy aparacie mającym do dyspozycji jeden, dość długi czas otwarcia migawki (ok. 1/50 – 1/60 s.). Na wspomnianej fotografii widać dziadka pracującego w pasiece. W berecie, bardzo szczupły, wychudzony przez chorobę. Do pszczół chodził tak długo jak dawał radę. Może to ja zrobiłem to zdjęcie? Nie wiem. Bardzo bym chciał.

Czemu o tym wszystkim piszę? Bo szukając czegoś w kartonach ze starym sprzętem, wyjąłem ten właśnie imieninowy aparat. Lekko zakurzony, z urwanym zaczepem klapy zakładania filmu, z zastałą migawką. W dwie godziny doprowadziłem go do porządku. A potem wyjąłem z lodówki film z tej samej epoki – ORWO NP22. Termin przydatności minął mu w kwietniu 1977 r. Oczywiście wiem, że fotografowanie na tak bardzo przeterminowanych filmach niesie ze sobą ryzyko niepowodzeń, ale co tam, nie takie niepowodzenia w życiu znosiłem. Byłem więc gotowy na wszystko.

A czego się mogłem spodziewać po takich pradawnościach włożonych do aparatu? Na przykład spadku czułości emulsji. Czterdzieści lat przeterminowania, mogło skutkować spadkiem światłoczułości nawet o połowę. Także utrata kontrastu, to normalna rzecz po tak długiej hibernacji. Niewątpliwie mogłem się liczyć też ze wzrostem wielkości ziarna, zwłaszcza, że nie wiedziałem w jakich warunkach film był przechowywany wcześniej. U mnie, kiedy tylko go dostałem, trafił do lodówki, ale gdzie go trzymał poprzedni właściciel, to zupełnie nie mam pojęcia. Nie dziwiłbym się zadymieniom emulsji, prześwietleniom przy brzegach filmu i rozmaitym przedziwnym smugom. Ale w ogóle mnie to nie odstręczało. Mimo to, założyłem go do aparatu i poszedłem na krótki spacer.

Jakże przyjemnie się maszeruje z aparatem, który waży pewnie mniej niż 20 deko! Dwanaście klatek zleciało jak z bicza strzelił. I muszę wam powiedzieć, że fotografowanie Ami 66 to czysta przyjemność, wręcz zabawa. Do wyboru zaledwie dwa czasy migawki 1/50 sekundy i „bulb” – statywu ze sobą nie brałem, więc migawkę ustawiłem na symbol „M”, oznaczający właśnie 1/50 sekundy. Dwie nastawy przysłon do wyboru –“ „słoneczko” (f16) albo „chmurka” (f8). A, że warunki oświetleniowe w ciągu spaceru miałem dość dynamicznie, to przełączałem się co chwilę ze „słoneczka” na „chmurki”. Żadnego mierzenia światła, żadnego ustawiania ostrości, bo wszystko co powyżej 2 metrów od płaszczyzny filmu powinno być przy tym jednosoczewkowym (menisk) obiektywie ostre. Jaka to „ostrość”, to wiadomo – jak to przy meniskach.

Po powrocie film natychmiast trafił do koreksu. Trudno się spodziewać, by materiał przeterminowany o 40 lat zachował pełną jakość. By się przekonać jak jest naprawdę, wykonałem dość szybką i niechlujną obróbkę chemiczną filmu, bo też nie nastawiałem się na jakieś rarytasy wizualne. Wstępne namaczanie w wodzie – 5 minut, potem 11 minut wywoływania w roztworze R09 o temperaturze 20 stopni (koreks kręcił się przez cały ten czas na maszynce do obracania). Przerywanie zaordynowałem w wodzie na minutkę, potem 7 minut utrwalania w U1, a w końcu 20 minut płukania najpierw w kranówce, a finalnie jeszcze w wodzie demineralizowanej. Suszenie, cięcie i rzuciłem się do oglądania filmu.

Utrata czułości –€ wiadomo, utrata kontrastowości, też się tego spodziewałem, zadymienia tu i ówdzie – i na młodszych filmach mi się trafiały, ziarno –€ wcale nie aż tak wielkie jak się obawiałem. Najgorsze są smugi ciągnące się w poprzek kadrów, co centymetr-dwa, przypominające zacieki. Jednak na zacieki są zbyt regularne i trudno je uzyskać przy ciągłym obracaniu koreksu w trakcie wywoływania. Najważniejsze, że jest obraz. Następną rolkę wywołam starannie i postaram się by nie była już tak bardzo przeterminowana.

Będzie następna rolka. Właśnie tak, zamierzam jeszcze fotografować swoim prezentem sprzed czterdziestu lat.

Czego i wam życzę.

 

Ami66sm

Czterdziestolatek pierwszy

ORWONP22_1977

Czterdziestolatek drugi

Amii66_01asm

Efekty współpracy czterdziestolatków

Amii66_02asm

Efekty współpracy czterdziestolatków

Amii66_03asm

Efekty współpracy czterdziestolatków

Czytam

•2017/07/25 • 2 komentarze

Jako, że jestem prowadzącym cotygodniowe „Literackie środy” organizowane przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Wejherowie i gdańskie Wydawnictwo Oficynka, czuję się w obowiązku być dobrze przygotowanym do nich. A podstawową metodą jest przeczytanie wszystkiego co napisali zaproszeni goście. Czytać bardzo lubię, ale ze względu na nasilającą się wśród pisarzy manierę tworzenia grubych powieści, zaczyna brakować mi czasu na cokolwiek innego…

Teraz mam biurku dwie książki Piotra Bolca, na szczęście pierwsza z nich jest, jak na współczesne standardy, cieniutka – 335 stron zaledwie. Za to druga już nie jest dla mnie tak łaskawa. Zatem zamiast pisać, albo fotografować, wracam do czytania…

Godzina jutrzejszego spotkania –  jak zwykle nieludzka – 16.00. Zatem znów gości będzie tyle co wiewiórka napluła. Szkoda.

Jakby ktoś z was był w okolicach Wejherowa, to zapraszam 26 lipca o 16.00 na taras pałacu Przebendowskich. Kawa i ciasteczka są gratisowe 😉 A po spotkaniu zrobię wam pamiątkowe zdjęcie  z pisarzem.

 

Jakby padało, to zapraszam do pięknych pałacowych wnętrz.

Jakby padało, to zapraszam do pięknych pałacowych wnętrz.

W wejherowskim muzeum

•2017/07/23 • Dodaj komentarz

Kierownik Działu Fotografii i Dokumentów Życia Społecznego w wejherowskim Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie zaprosił mnie na wernisaż nowej wystawy historyczno-fotograficznej zatytułowanej nieco przydługawo: „Z Wejherowa do Gdańska. Obraz kaszubsko-pomorskich miast i wsi przełomu XIX i XX wieku w fotografii Augustyna Ziemensa, Bruno Riebanda, Artura Rogorscha i innych”. Oczywiście wybierałem się, bo fotografia historyczna interesuje mnie bardzo, no i z Maćkiem zawsze się chętnie spotykam, znamy się od lat, był jednym ze zdolniejszych studentów.

Kiedy nadszedł termin, zawiesiwszy sobie na szyi historyczny aparat – Kodaka Retinę IF, z przeterminowanym o trzynaście lat filmem Kodaka w środku, wyruszyłem do pałacu Prebendowskich. Spodziewałem się tłumów porównywalnych z tymi, jakie stawiły się na ubiegłorocznej wystawie prezentującej dorobek fotograficzny Ziemensa. Tylu ludzi co wówczas, to w wejherowskim Muzeum nigdy nie widziałem. Wówczas placówka chciała się pochwalić zakupionymi kilka miesięcy wcześniej negatywami, diapozytywami, odbitkami, oraz pocztówkami, a było ich kilkaset. I kosztowały niemało. O sprawie napisałem tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2015/10/07/wieczorni-kapelusznicy/ . Tym razem jednak publiczności aż tak wiele nie przyszło.

W związku z tym, że zbiory placówki od wystawy w 2016 r. wzbogaciły się o kolejne cenne eksponaty, postanowiono i tym razem pokazać je zainteresowanym. Uroczystość otworzyła Pani Gabriela Lisius, starosta powiatu wejherowskiego, która podziękowała muzealnikom za organizację imprezy i pracę włożoną w pozyskanie, opracowanie i udostępnienie nowych nabytków. W rzeczowe zagadnienia dotyczące zaprezentowanych zbiorów wprowadził gości wspomniany już Maciej Kurpiewski. Spisał się dobrze, mówił krótko i na temat, rzucił kilkoma ciekawostkami, a to zawsze ożywia publikę. Potem sumiennie udzielał lokalnym mediom wywiadów i chętnie rozmawiał z gośćmi w trakcie zwiedzania. Znalazł też chwilę dla mnie, więc mogłem go i pochwalić, i palcem pogrozić za kilkukrotne przekręcenie nazwiska jednego z autorów fotografii. Uparł się by Ziemensa czytać przez „z”, zamiast przez „c”, a to przecież Niemiec był.

Na wystawie można było zobaczyć przede wszystkim nie eksponowane wcześniej zdjęcia Ziemensa, który pod koniec XIX wieku przeprowadził się z Gdańska do Wejherowa. Tu, w budynku przy ulicy Sobieskiego 278 (dawniej Lęborskiej), prowadził drogerię „Minerwa” i handlował sprzętem fotograficznym oraz chemikaliami ciemniowymi. Przyjmował także zlecenia wywoływania filmów i wykonywania z nich odbitek. Nigdy jednak w pełni nie sprofesjonalizował swojej fotograficznej pasji i nie otworzył własnego atelier. Pozostawił jednak po sobie sporą liczbę zdjęć wykonanych w Wejherowie, bliższych i dalszych okolicach miasta, jak również w odległych zakątkach Europy. Prócz jego prac na wystawie zgromadzono obrazy uchwycone przez zawodowych fotografów z Gdańska, Lęborka i Wejherowa.

Wszystkie udostępnione zdjęcia są bez wątpienia bezcennymi dokumentami historycznymi ukazującymi życie ludzi na Pomorzu sto lat temu, a nawet wcześniej. Większość też jest świadectwem znakomitego kunsztu rzemieślniczego oraz wyrobionego smaku estetycznego ich autorów. Znalazło się jednak na wystawie kilka fotografii niepoprawnie naświetlonych i kiepskich kompozycyjnie. Tych obrazów odstających jakościowo od reszty było na szczęście niewiele. Prócz zdjęć goście muzeum mogli również podziwiać kilka aparatów fotograficznych sprzed II wojny światowej.

Szkoda, że muzealnicy nie zdecydowali się na wydanie choćby skromnego katalogu, o który pytało wielu gości. Można było za to nabyć za 58 złotych okazały album ze zdjęciami Augustyna Ziemensa, opublikowany przez Wydawnictwo Region i Muzeum przy okazji ubiegłorocznej wystawy. O albumie wspominałem tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2016/05/22/warto-bylo-pojsc/

Wszystkich zainteresowanych fotografią oraz lokalną historią zachęcam do odwiedzin wystawy w wejherowskim  Muzeum , zwłaszcza, że w niedzielę wstęp wolny.

Ja byłem już dwa razy!

 

20229580_1435900429828793_2047444918619415979_o

Maciej Kurpiewski podczas wernisażu wystawy w Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko Pomorskiej w Wejherowie.

20229785_1435900426495460_308090003897139244_o

Gabriela Lisius podczas wernisażu wystawy w Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko Pomorskiej w Wejherowie.

20157362_1435900499828786_125045886971436231_o

Maciej Kurpiewski udzielający wywiadu Mieszkowi Weltowskiemu z Twojej Telewizji Morskiej podczas wernisażu wystawy w Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko Pomorskiej w Wejherowie.

20232360_1435900536495449_4742115597662063694_o

Jedna z fotografii zaprezentowanych na wystawie. Jej autorem jest A. Ziemens.

20233107_1435900686495434_4350109368252817792_o

Aparat skrzynkowy Agfa Box zaprezentowany na wystawie.

20229437_1435900569828779_8408694436572359518_o

Mieszkowy aparat Voigtländer Bessa zaprezentowany na wystawie.

19780515_1435900629828773_6329130236655459979_o

Produkowany w latach 1931-1937 aparat mieszkowy Zeiss Ikon Ikonta, nazywany Baby Ikonta (ze względu na rozmiary aparatu i wielkość kadru – 3×4 cm), a na rynku amerykańskim sprzedawany jako Ikomat 520/18, zaprezentowany na wystawie w wejherowskim muzeum.

20157650_1435900439828792_1720516307009880845_o

Kodak Retina IF, którym fotografowałem na wystawie. Oczywiście w odbiciu lustrzanym.

Spotkania literackie

•2017/07/12 • 6 komentarzy

W tym roku każdą lipcową środę poświęcam na spotkania z pisarzami. Z inicjatywy Miejskiej Biblioteki Publicznej w Wejherowie zostałem prowadzącym cykl nazwany „Literackimi środami”. Gości „dostarcza” gdańskie Wydawnictwo Oficynka i są to przede wszystkim twórcy szeroko rozumianych kryminałów.

Niestety godzinę spotkań wyznaczono mi nieludzką – 16.00. Większość autochtonów wtedy pracuje, więc nie będzie miała szansy dotrzeć na taras pałacu Przebendowskich, gdzie w pięknym otoczeniu parku będziemy konferować. Szkoda, zwłaszcza, że ze względu na książkową tematykę frekwencja i tak nie będzie zbyt wysoka.

Dziś spotkanie z Adamem Karczewskim, który kilka lat temu popełnił książkę „Okręt”. Niby kryminał, ale taki bardziej sensacyjny, pochylony też w stronę polityki.

Jakby kto z Was był w okolicy, to ZAPRASZAM!

 

Adam Karczewski1