Jaka to lektura?

•2018/04/18 • Dodaj komentarz

Może Robert Janowski nie leży w centrum moich zainteresowań literackich, czy kulturowych w ogóle, ale skoro już się chłop pofatygował do Wejherowa, to czemu by nie posłuchać co ma do powiedzenia. Oczywiście najbardziej kojarzę go z programu telewizyjnego, ale pamiętam również jego występy w  „Porze na czarownice”, „Nocnym graffiti” i „Kto nigdy nie żył…”. No i było jeszcze „Metro” oraz inne paramusicalowe „Grosiki”.

Jeśli chodzi o filmy, to chyba nie miał szczęścia do dobrych scenariuszy i zapewne po części dlatego kreacje filmowe Pana Roberta nie poruszyły mnie w najmniejszym stopniu. Musicali nie lubię jako formy, więc się nie wypowiadam, choć przyznam się, że „Metro” zobaczyłem z ciekawości, jak to może wyglądać w polskim wykonaniu. No i się nie przekonałem, miałem wrażenie, że jestem raczej na wielkomiejskim wodewilu niż na musicalu. Cienka czerwona linia je dzieli…, a tu była ona bardzo cienka. Z całą pewnością mogę jednak uczciwie powiedzieć, że Robert Janowski ma talent muzyczny oraz dobry głos. Można go słuchać z przyjemnością. Ech, żeby tak jeszcze wykonywany repertuar był bliższy moim upodobaniom. Pan Robert zdecydował się wszakże na piosenki ulokowane bardzo centralnie w nurcie muzyki popularnej. Może to wynikać zarówno z upodobań, jak i konieczności rynkowej – takie utwory znajdą poklask (i zbyt) u zdecydowanie szerszej publiki. Nie potępiam, ale żałuję, bo uważam, że nieco marnuje swój talent.

Na „Biesiadzie literackiej” w Wejherowskim Centrum Kultury prowadzący spotkanie, Krystian Nehrebecki przedstawił gościa jako człowieka-orkiestrę. Gra i śpiewa, komponuje, wiersze pisze, a przecież z wykształcenia jest lekarzem weterynarii. Zdobycie weterynarskiego dyplomu zajęło mu aż osiem lat, lecz potem korzystał z niego zaledwie rok.

Pretekstem do spotkania z sympatycznym prezenterem telewizyjnym była książka „Przypadki”. Jest ona zapisem dłuugiej rozmowy z Marią Szabłowską. Szczęśliwie nie jest ona tylko zapisem dykteryjek i historii z życia show-biznesu. Poruszane są również tematy niełatwe, bo dotykające spraw osobistych, na przykład porzucenia rodziny przez biologicznego ojca Roberta Janowskiego. Jedna z opowieści przywołanych na spotkaniu w Wejherowie dotyczyła nieprzyjemnej przygody, jaka spotkała go podczas pracy we Francji. Na jej zakończenie został okradziony przez mieszkających z nim Polaków. Będąc bez grosza, musiał na bilet powrotny do ojczyzny zarabiać graniem na pożyczonej gitarze w paryskim metrze. Nim uzbierał potrzebną kwotę wiódł życie kloszarda, zdarzało mu się nawet kraść jedzenie w sklepach. Dość nieprzyjemny w wymowie był także opis podróży powrotnej, zwłaszcza spotkania z enerdowskimi służbami granicznymi, które zostały odmalowane niemal jak gestapo. Dużo się pojawiło onomatopei w tej opowieści. Naśladowały warczenie owczarków niemieckich i szwargotanie enerdowskich mundurowych. Rozumiem emocje towarzyszące tej przygodzie, nawet po latach są żywe, ale też trzeba pamiętać, jakie były wówczas czasy, no i to, że funkcjonariusze robili swoją robotę i to w dodatku pod presją wszechobecnej STASI. Kto wie, gdybym miał podobne przejścia, może byłbym dla ich uczestników równie surowy jak  Robert Janowski.

Nie żałował też gorzkich słów mediom. Zarzucił im pogoń za tanią sensacją, żerowanie na ludzkich nieszczęściach i kreowanie nieprawdziwego wizerunku świata. Domniemuję, że to wynik osobistych doświadczeń telewizyjnego prezentera z tabloidami, które niejednokrotnie pakowały mu się do życia w swoich brudnych buciorach. Niemniej, trochę niepotrzebnie moim zdaniem, dostało się licealistce, która w części spotkania poświęconej pytaniom publiczności, próbowała zapytać Pana Roberta o to, czy lubi pracę nauczyciela w szkole teatralnej. W dość emocjonalnej przemowie próbował przekonać dziewczynę, że źle stawia pytanie, że pytanie jest niewłaściwe, bo przecież, gdyby źle się czuł w tym zajęciu, to by go nie wykonywał. Że należy pytać o coś innego, o coś, co jest naprawdę ważne, interesujące. Cóż, uważam, że dziewczyna dostała rykoszetem zamiast plotkarskich gazet, które były w istocie adresatem tyrady. Nie do końca się też zgadzam z argumentacją – wielu ludzi wykonuje zajęcia, które nie są ich wyśnionymi… Niemniej, zadawanie pytania zaczynającego się od frazy „czy” jest niemądre, bo podpowiada przepytywanemu dwie formy odpowiedzi – „tak”, lub „nie”. Po takim, może pedagogicznie słusznym, ale obcesowym, potraktowaniu pytającej, już nikt więcej nie ośmielił się stawiać pytań. Jak sądzę, w obawie by nie usłyszeć kolejnego wykładu o dziennikarstwie.

Szczęśliwie poznaliśmy też liryczną twarz gościa „Biesiady”. Z prawdziwą przyjemnością opowiadał o tworzeniu poezji i towarzyszącym temu emocjom. Były one wyraźnie widoczne kiedy w skupieniu czytał swoje wiersze. Był uśmiech i wzruszenie. Dobre te wiersze? Przeczytano tylko dwa i żaden z nich nie spodobał mi się. Noo ale wiadomo, po pierwsze nie znam się za bardzo, a po drugie, poezja to pojemny autobus, zmieszczą się w nim i rymowanki Tuwima i obsceniczności Bukowskiego, zatem i dla wierszy Roberta Janowskiego znajdzie się w nim miejsce.

Czy żałuję, że poszedłem na to spotkanie? Ani trochę, ale wiem po nim, że wolałbym z Robertem Janowskim zupełnie prywatnie posiedzieć przy butelce wina i pogadać kilka godzin w mniej nerwowej atmosferze. Nie wiem, czy inni uczestnicy też tak wyraźnie odczuli napięcie, ale po spotkaniu i tak ustawiła się do Roberta Janowskiego długa kolejka sympatyków z książkami i płytami. I wszyscy doczekali się upragnionych autografów oraz dedykacji.

PS

W poprzednich wpisach dotyczących „Biesiad literackich” chwaliłem prowadzącego, Krystiana Nehrebeckiego, jednak tym razem się nie spisał. Po pierwsze, dość natarczywie drążył wątki bardzo osobiste, a nieprzyjemne dla gościa. Ten, odpowiadał na pytania, ale miałem wrażenie, że trochę go irytują. Po drugie, niesmaczne były, i właściwie niczemu nie służyły dygresje na temat żydowskości Jonasza Kofty, jego alkoholizmu i wreszcie paskudna detaliczna relacja z okoliczności jego śmierci. Po trzecie, bardzo niewłaściwe było reklamowanie kolejnego spotkania, z profesorem Karolem Modzelewskim, opowieścią o tym, że Pan Profesor choruje na raka i właściwie już umiera… Koszmar. Po tym występie Pana Krystiana, po raz pierwszy zapragnąłem by kolejną biesiadę poprowadził ktoś inny…

Janowski

Robert Janowski na „Biesiadzie literackiej” w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 7 kwietnia 2018 r.

Janowski1

Robert Janowski na „Biesiadzie literackiej” w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 7 kwietnia 2018 r.

Janowski2

Robert Janowski na „Biesiadzie literackiej” w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 7 kwietnia 2018 r.

Janowski3

Robert Janowski na „Biesiadzie literackiej” w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 7 kwietnia 2018 r.

Janowski3a

Robert Janowski na „Biesiadzie literackiej” w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 7 kwietnia 2018 r.

Janowski3b

Robert Janowski na „Biesiadzie literackiej” w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 7 kwietnia 2018 r.

Janowski4

Robert Janowski na „Biesiadzie literackiej” w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 7 kwietnia 2018 r.

Janowski5a

Krystian Nehrebecki i Robert Janowski na „Biesiadzie literackiej” w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 7 kwietnia 2018 r.

Janowski8

Robert Janowski na „Biesiadzie literackiej” w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 7 kwietnia 2018 r.

Janowski9

Robert Janowski na „Biesiadzie literackiej” w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 7 kwietnia 2018 r.

Janowski7

Robert Janowski na „Biesiadzie literackiej” w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 7 kwietnia 2018 r.

Reklamy

Juwenilia dyplomowane

•2018/04/17 • 2 Komentarze

Ze trzydzieści lat temu miałem przyjemność być na kilku wykładach profesora Janusza Daneckiego. Marginalnie pojawił się na nich temat arabskiej mitologii z czasów przed Mahometem. W efekcie napisałem opowiadanie nawiązujące do sprawy. Żart to był raczej niż opowiadanie, taki figiel literacki. Przeleżało to-to wszystkie te lata w jakimś kartonie ze szpargałami. A jakieś dwa miesiące temu, podczas próby robienia porządków (kolejnej i po raz kolejny raczej nieudanej), natrafiłem na luźne kartki z tekstem zatytułowanym „Czarna księga”. Chwilę ważyłem je w dłoniach zastanawiając się na wyrokiem – kubeł, czy powrót do kartonu. Wróciły do kartonu – znów zwyciężył mój ckliwy sentymentalizm.

Do kartonu kilka dni później wróciłem i ja, bowiem kolega przysłał mi regulamin konkursu literackiego „Uwięzieni w bibliotece”. Przypomniałem sobie momentalnie, że moje opowiadanie sprzed lat pasowuje idealnie do tematu, więc…
Po odkurzeniu kartek, przepisaniu tekstu do komputera (oryginał powstawał na enerdowskiej Erice), wygładzeniu stylu i zmianie tytułu na „Incipit et explicit”, opowiadanie trafiło do koperty i pojechało na konkurs.

Kto by się spodziewał, że jury konkursowe doceni takie juwenilium. A jednak! Niżej przedstawiam dowód fotograficzny.

 

Takie rzeczy, proszę Państwa!

Takie rzeczy, proszę Państwa!

Poszło

•2018/04/12 • 6 Komentarzy

Strasznie popyla  ten czas! Kilka dni temu uświadomiłem sobie, że Wojtek Kaczmarek, jeden z uczestników zajęć fotograficznych prowadzonych przeze mnie w Collegium Gedanense, już za trzy tygodnie kończy szkołę, zdaje maturę i fruuu, tyle go zobaczymy. Trzeba więc było mocno przyspieszyć pracę nad książką podsumowującą tegoroczne zmagania naszej licealnej grupy fotograficznej z obiektywami, korpusami i arkanami wykonywania zdjęć. Reszta kursantów to pierwszaki, więc do końca roku szkolnego mają jeszcze sporo czasu, noo ale ten Wojtek, jedyny maturzysta w grupie…

By zmontować choćby mały album, najpierw musiałem wydobyć po kilka fotografii od wszystkich uczniów.  Niektórzy, jak wspomniany już Wojtek, karnie i błyskawicznie dostarczyli proponowane zdjęcia. Byli jednak i tacy, którzy się bardzo ociągali (Marta, już Ty dobrze wiesz o kim mowa!). W końcu jednak moje błagania, prośby, groźby, lub namowy zaskutkowały i zebrałem materiał. Jest on oczywiście bardzo nierówny, bo też i umiejętności fotograficzne kursantów są mocno rozstrzelone. Ale przecież nie chodzi o wydanie mistrzowskiego albumu, lecz raczej o stworzenie świadectwa ich fotograficznej kondycji, na tu i teraz, oraz pozostawienie śladu po pracy jaką wykonali.

Selekcji dokonałem samowładnie i bez specjalnego pytania autorów zdanie dokonałem większych lub mniejszych korekt. Nie było czasu na przewlekłe zwykle, co wiem z doświadczenia, dywagacje. Szybciutko złożyłem całość, zaprojektowałem układ, okładkę, stronę tytułową i posłałem całość do drukarni.

Podziękowania należą się nie tylko moim młodocianym współpracownikom, ale też dyrektorowi Collegium, Grzegorzowi Noconiowi, który sfinansował całość, z myślą o tym, że dzieciaki się ucieszą gdy dostaną na koniec roku albumiki ze swoimi zdjęciami. Rodzice tez pewnie będą dumni ze swoich dzieciaków. Ja zaś się cieszę, że mogłem w tym wszystkim uczestniczyć i mam nadzieję, że w przyszłym roku szkolnym dyrekcja znów znajdzie dla mnie w planie zajęć kilka godzin poświęconych fotograficznym entuzjastom.

projekt okładki data

Pierwsza i czwarta strona okładki, plus grzbiet

projekt tytułowa2

Strona tytułowa

 

 

 

Pani Bogna razy dwa

•2018/04/08 • Dodaj komentarz

Pani Bognie zamontowali lata temu rozrusznik serca. Czas szybko zleciał i się okazało, że trzeba go wymienić na nowy. Niby operacja rutynowa, ale przecie z lekarzami, jak z pszczołami, nigdy nic nie wiadomo…

Odetchnąłem z ulgą kiedy rozdzwonił się telefon i Pani Bogna oświadczyła, że już po wszystkim i mogę wpaść na kawę. No to poszedłem, a przy okazji poniosłem ze sobą, by się nim pochwalić, nowy nabytek obrazkowy, czyli wydruk zdjęcia na płycie Dibond Butlerfinish. Na końcu wpisu możecie zobaczyć dwie Panie Bogny – jedną uwiecznioną w zeszłym roku przy użyciu Tachihary, a drugą po sąsiedzku sfotografowana kilka dni temu. Dzięki wiosennemu światłu nie trzeba było zapalać żadnych lamp, a Pani Bogna jak zwykle promieniała pogodą ducha. Bez wątpienia jest to najbardziej uśmiechnięta twarz Wejherowskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, a przy okazji największy lokalny skarb ludzki.

Wydruk na płycie Dibond Butlerfinish został ufundowany przez niemiecką firmę Saal-Digital. A co to jest ta płyta o dziwnej nazwie już wyjaśniam. Ano jest to trójwarstwowa kanapka o łącznej grubości ok. 3 mm. Dolna jej warstwa to blacha aluminiowa pomalowana od zewnętrznej strony na szaro, środkową stanowi płyta (chyba PVC), a wierzchnią stanowi błyszcząca blacha aluminiowa o szczotkowanej powierzchni. I to właśnie na tę lśniącą powierzchnię nanoszona jest fotografia. Saal drukuje (według deklaracji firmy) sześcioma barwnikami (CMYK plus light magenta i light cyan) UV. I są one odporne na warunki atmosferyczne, więc obrazek można sobie powiesić gdziekolwiek się zechce.

Specyficzne wykończenie aluminiowej powierzchni nadaje zdjęciu charakterystycznego połysku, świetlistości. Wszystko co na zdjęciu jest białe nie zostanie wydrukowane, a barwę tę będzie stanowić w obrazie lśniąca, polerowana szczotkowo powierzchnia blachy. Kluczową sprawą dla wizualnego odbioru obrazu jest sposób jego ekspozycji, a w szczególności oświetlenia. W zależności od tego i od kąta pod jakim patrzymy na wydrukowane zdjęcie widzimy je jako matowe i dość ciemne lub jasne, kontrastowe, niezwykle błyszczące. Wiedza o tym pozwala na odpowiednie przygotowanie obrazu do druku, a potem stosowne zaaranżowanie prezentacji. Wydruk dobrze odwzorowuje szczegóły obrazu i ma właściwą ostrość. Nie zaobserwowałem żadnego zafarbu. Kontrast i jasność, jak wyżej wspomniano, zależny jest od oświetlenia. Efekt końcowy robi spore wrażenie, zwłaszcza przy wydrukach o większych rozmiarach (u nas 30×45 cm). Zapewne nie wszystkim przypadnie do gustu specyficzna estetyka obrazów nanoszonych na płyty Dibond Butlerfinish, dlatego warto przed zleceniem Niemcom druku, na własne oczy przekonać się jak wygląda ten produkt.

Mnie się spodobało. Zwłaszcza, że wybrałem monochromatyczny obrazek. Zwłaszcza, że z Panią Bogną. No owszem, wychudła trochę i zmizerniała po tej operacji, ale po trzygodzinnej nasiadówce mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że erudycja, intelekt i poczucie humoru pozostały na poziomie przedszpitalnym.

Dwie Panie Bogny

Dwie Panie Bogny

Nadzieja na fandango

•2018/04/04 • Dodaj komentarz

Lech Janerka rzadko publikuje nowe płyty. Od wydania ostatniej mija właśnie trzynasty rok. Czasem się złoszczę na niego o to. Na szczęście nieco częściej grywa koncerty. Nieco, ale też niezbyt często. Jeśli gra w okolicy,  nawet tej dalszej, to zawsze jadę. Jeśli mam inne plany na ten dzień, to po prostu je zmieniam i jadę na koncert. Ostatni raz widziałem go dwa lata temu. Trochę czasu zatem upłynęło i łapałem się ostatnio na tym, że zaczynam nerwowo przeszukiwać sieć pod kątem wieści o jakimś koncercie Janerki. Aż wreszcie mogłem zakrzyknąć z radości. Zagra w Gdyni!

Tym razem żadnych planów zmieniać nie musiałem. A i jazda czekała mnie króciutka. Bilety kupiłem na miesiąc przed terminem. Bilety, bo rzecz jasna, na koncert wybierała się ze mną żona. Także syn uznał, że twórczość Lecha jest warta poznania na żywo. Nie częsty to u niego przejaw respektu dla muzycznych dinozaurów.

Z koncertami Lecha mam zwykle problem dialektyczny – fotografować, czy słuchać? Tak było i tym razem. Twarzowiec z niego i lubię go fotografować, ale jeszcze bardziej lubię słuchać. Z jednej strony… i z drugiej strony… Znów zwyciężył zgniły kompromis – zapadło postanowienie o wykonaniu trzydziestu sześciu fotografii. Reszta była słuchaniem. Jak również wydzieraniem japy z publicznością zgromadzoną w klubie Atlantic.

Szczęśliwie nikt nie kazał nam leżeć, tak jak w stoczniowej hali podczas koncertu w klubie B90, o którym pisałem tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2016/10/24/w-pozycji-horyzontalnej/  No i koncert w Gdyni udał się znakomicie. Tym bardziej, że usłyszeliśmy na nim wykonywane bardzo rzadko piosenki z mojej ulubionej płyty „Ur”. Były też evergreeny, chóralne śpiewy i gromkie pokrzykiwania. A potem chrypa, z której leczyłem się przez kilka dni.

Czego się dowiedziałem w wyniku koncertu? Po pierwsze, że po jego zakończeniu mieliśmy ochotę od razu iść na następny występ. Ten stan towarzyszy nam przy każdym koncercie Janerki, więc się przyzwyczailiśmy. Po drugie, mimo osiągnięcia w tym roku wieku emerytalnego, poziom energii scenicznej Lecha nie jest mniejszy od tego, który obserwowałem w latach 80. ubiegłego wieku. Po trzecie, jakość wykonania wciąż znakomita, a może i lepsza. A to, że się Lechu walnął tu i tam w tekstach wykonywanych piosenek nie miało najmniejszego znaczenia, bo publiczność i tak wiedziała co śpiewać. Po czwarte, spora część repertuaru nie zestarzała się w warstwie tekstowej. W przypadku kilku utworów można by dodać – niestety, co nie jest komplementem dla współczesnej rzeczywistości. Wolałbym by te stare teksty nie pasowały do tego co nas otacza (coraz bardziej). Wiele rąk i zbyt mało głów, o faszyzmie łatwo nic nie mówić…   Po piąte, kontakt z publicznością był jakby intensywniejszy niż zwykle, co może świadczyć o ogólnym ożywieniu wykonawcy w tych dniach. Po szóste, Bartek Straburzyński na gitarze jest wielce okej, tak jak Michał Mioduszewski za perkusją i debiutujący jako śpiewak, no i jeszcze Bożena grająca przepięknie na wiolonczeli w pozawerbalnym porozumieniu z Lechem. Po siódme, będzie nowa płyta, być może całkiem niedługo (w skali Lecha). Po ósme, na nową płytę są już gotowe melodie do jedenastu piosenek i teksty do trzech.

Czyli ogólna radość i entuzjazm! I z tych powodów prezentujemy Państwu kilkanaście ujawnień wizualnych z Janerkowego koncertu w gdyńskim klubie Atlantic.

Kołyszemy wanną

Fandango, moja panno!

Lech2 sm

Koncert Lecha Janerki w gdyńskim klubie Atlantic, 23 marca 2018 r.

Lech1 sm

Koncert Lecha Janerki w gdyńskim klubie Atlantic, 23 marca 2018 r.

Lech5sm

Koncert Lecha Janerki w gdyńskim klubie Atlantic, 23 marca 2018 r.

Lech6sm

Koncert Lecha Janerki w gdyńskim klubie Atlantic, 23 marca 2018 r.

Lech7sm

Koncert Lecha Janerki w gdyńskim klubie Atlantic, 23 marca 2018 r.

Lech8asm

Koncert Lecha Janerki w gdyńskim klubie Atlantic, 23 marca 2018 r.

Lech8sm

Koncert Lecha Janerki w gdyńskim klubie Atlantic, 23 marca 2018 r.

Lech14sm

Koncert Lecha Janerki w gdyńskim klubie Atlantic, 23 marca 2018 r.

Lech13sm

Koncert Lecha Janerki w gdyńskim klubie Atlantic, 23 marca 2018 r.

Lech10sm

Koncert Lecha Janerki w gdyńskim klubie Atlantic, 23 marca 2018 r.

Lech12sm

Koncert Lecha Janerki w gdyńskim klubie Atlantic, 23 marca 2018 r.

Lech9sm

Koncert Lecha Janerki w gdyńskim klubie Atlantic, 23 marca 2018 r.

Lech11sm

Koncert Lecha Janerki w gdyńskim klubie Atlantic, 23 marca 2018 r.

Lech3sm

Koncert Lecha Janerki w gdyńskim klubie Atlantic, 23 marca 2018 r.

Lech15sm

Koncert Lecha Janerki w gdyńskim klubie Atlantic, 23 marca 2018 r.

Pycha

•2018/04/03 • Dodaj komentarz

W drugiej połowie grudnia 2014 r., w efekcie przeżyć firmowych napisałem wiersz „Praeses superbia”. Nie za wesoły był to wiersz, jak to u mnie. Nie pasował do żadnego tomiku, ani żadnej rzeczy, która jego jest, więc leżał sobie grzecznie w jednym z kajetów. Aż wreszcie, cztery lata później, posłałem go do Dąbrowy Górniczej na X Ogólnopolski Konkurs „Siedem grzechów głównych”. No i się chyba spodobał, bo Wacław Oszajca SJ (teolog, publicysta, poeta), profesor Bernadeta Niesporek-Szamburska (Uniwersytet Śląski) oraz doktor Magdalena Ochwat (Uniwersytet Śląski), zasiadający w jury, zadecydowali, że warto mu przyznać II nagrodę w kategorii poezja/dorośli.

No i dzięki temu mogę się pochwalić fotografią z dyplomem.

 

Tak właśnie wygląda dyplom konkursowy na moim tle.

Tak właśnie wygląda dyplom konkursowy na moim tle.

 

Takie lubię

•2018/03/31 • Dodaj komentarz

Pod pretekstem drobnych zakupów odbyłem wielkoczwartkowy spacer po mieście. Było przyjemnie, bo niecodziennie. Padał śnieg, a momentami spokojny opad przekształcał się w malutką śnieżycę. Pogoda dość skutecznie ograniczyła obecność ludzi na ulicach. Powstały zatem okoliczności, które uznaję za sprzyjające spacerologicznie.

Niespiesznie snułem się po uliczkach ze dwie godziny, wstępując do sklepików od czasu do czasu. Z plecaka pachniały mi przez całą drogę świeżo uprażone ziarenka arabiki, oraz chlupotało mleko w szklanej butelce (tłuste i woniejące oborą).

Po spacerze przypominałem regularnego bałwana, bowiem nie otrząsałem się zbyt energicznie ze śniegowych płatków. Aparat też dzielnie zniósł aurę i przyniosłem dzięki niemu kilka fotografii.

Lubię takie czwartki. Niezależnie od ich wielkości.

 

jajo bratek sm

Wielkoczwartkowy spacer po Wejherowie

Jajo voo voo wejherowo 2018sm

Wielkoczwartkowy spacer po Wejherowie

Zając

Wielkoczwartkowy spacer po Wejherowie