Pierwsza odważna

•2019/04/25 • 21 Komentarzy

Od kiedy prowadzę zajęcia fotograficzne z uczniami, namawiam ich na uczestnictwo w konkursach fotograficznych. Oni jednak jakoś nie podejmowali tematu. Kiedy podpytywałem, czy znaleźli jakieś konkursy, które odpowiadałyby ich zainteresowaniom, twierdzili, że mało ich jest. Co oczywiście nie jest prawdą, bo konkursów jest w Polsce wiele, w tym również tych kierowanych do młodzieży. W końcu zacząłem im przynosić na zajęcia zapowiedzi i regulaminy. Zawsze chwilę o nich opowiadałem, a potem znów namawiałem. Bez skutku…

Pomyślałem, że może barierą jest dla uczniów opłata wpisowa, zwykle nie wyższa niż 30 PLN. Wyszukiwałem zatem konkursy bezpłatne. Nadal nie było chętnych do wzięcia udziału. Może zatem chodzi o to, że licealistów nie stać na zamówienie wydruków zdjęć (zwykle rozmiar minimalny to 20×30 cm), pomyślałem. Zwróciłem się wówczas do dyrekcji szkoły z pytaniem, czy znalazłyby się w budżecie pieniądze na konkursowe wydruki. Odpowiedź była twierdząca. Poniosłem tę radosną nowinę na kolejne zajęcia foto, wraz z garścią kolejnych regulaminów. Ucieszyli się…

Czekałem kilka tygodni na zgłoszenie jakiegoś chętnego do udziału w konkursach. Znów bez efektu… Zupełnie tego nie rozumiałem, więc na kolejnych zajęciach pogadaliśmy o tym. Tłumaczenia oscylowały między brakiem czasu na przygotowanie zdjęć, a brakiem wiary w odniesienie sukcesu. A przecież niemal na każdym naszym spotkaniu pojawiała się jedna-dwie fotografie, które nadawałyby się do wysłania na konkurs. I zawsze chwaliłem autorów takich zdjęć, a reszcie wskazywałem drogi do poprawy efektów ich pracy.

I wreszcie, alleluja! Udało mi się namówić pierwszoklasistkę Agnieszkę na zgłoszenie swoich zdjęć do ogólnopolskiego konkursu. Dziewczyna na niezłe oko do ciekawych kadrów, choć wciąż nieco brakuje jej wiedzy, przez co nie zawsze potrafi w pełni wykorzystać możliwości swojego aparatu. Noo ale to jest przecież do wyuczenia…

Dyrekcja dała pieniądze na siedem odbitek formatu 30×45 cm, które właśnie spakowałem do wysyłki. Mam nadzieję, że konkursowe jury zauważy kadry Agnieszki. Jeśli nie da jej choćby wyróżnienia jakiegoś, to może przynajmniej zakwalifikuje zdjęcia do pokonkursowej wystawy. Myślę, że bardzo by ją to ucieszyło. Może też ośmieliłoby resztę moich kursantów do wysyłania swoich prac w świat.

Pan nauczyciel z fotografią autorstwa podopiecznej Agnieszki.

Pan nauczyciel z fotografią autorstwa podopiecznej, Agnieszki Lewińskiej.

Reklamy

W listach o książkach

•2019/04/23 • 11 Komentarzy

Przez minione święta zajmowałem się, między innymi, odpisywaniem na dwa listy. Trzystronicowy przyszedł z Hiszpanii, a dwunastostronicowy z lubuskiego. W obu znalazły się fragmenty dotyczące książek.

W liście lubuskim znalazł się raport czytelniczy mojego korespondenta. Jakoś tak się kiedyś ukonstytuowało, że w kolejnych listach wzajemnie informujemy się o przeczytanych ostatnio książkach i wymieniamy się uwagami na ich temat, zwykle rekomendacjami. W liście bieżącym autor wyraził zaskoczenie, że jak mu wcześniej napisałem, czytuję jednocześnie po kilka pozycji, bo on potrafi zagłębiać się tylko w jednej książce na raz. Hmm, zdawało mi się, choć nie wiem na jakiej podstawie, że ludzie czytają symultanicznie po parę, a może i paręnaście tytułów. Może czas byście mnie wyprowadzili z błędnego mniemania? Wypytam też na tę okoliczność znajomych dostępnych w świecie pozacyfrowym.

Z kolei katalońska korespondentka informowała mnie, jak zwykle, o rozmaitych aspektach życia tamże. Tą razą dowiedziałem się, że 23 kwietnia Katalończycy hucznie obchodzą dzień świętego Jerzego, któren patronuje temu krajowi. Jest tam pono ugruntowany zwyczaj by tego dnia obdarowywać kobiety czerwonymi różami. Barwa kwiatów ma symbolicznie nawiązywać do krwi smoka pokonanego przez świętego. A co ciekawe, niektóre babeczki odwzajemniają się chłopom prezencikami książkowymi. Ha!

Nic zatem dziwnego, że genezy obchodzonego właśnie dziś Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich należy szukać właśnie na Półwyspie Iberyjskim.

Te dzieci z wejherowskiej podstawówki czytają. Jeszcze czytają. Zgodnie z najnowszym raportem Biblioteki Narodowej dotyczącym czytelnictwa, kiedy tylko trochę dorosną, większość z nich nie będzie czytać nawet jednej książki rocznie. No bo i po co...

Te dzieci z wejherowskiej podstawówki czytają. Jeszcze czytają. Tylko dlatego, że muszą to robić dla potrzeb szkolnych? Zgodnie z najnowszym raportem Biblioteki Narodowej dotyczącym czytelnictwa, kiedy tylko trochę dorosną i opuszczą system oświatowy, większość z nich nie będzie czytać nawet jednej książki rocznie. No bo i po co.

Dla szkoły falenickiej lub otwockiej

•2019/04/20 • 14 Komentarzy

W naszej rodzinie, w kwestii spożywania dań (przeważnie ustami) są dwie szkoły, falenicka i otwocka. Jedną z nich, nie rozstrzygam którą, reprezentują żona i syn – lubią zjeść mięso. Prz czym żona bardziej niż syn. Ja zaś należę do tej drugiej szkoły, nie rozstrzygam której, i lubię raczej wszystko co z nabiału. Nie jestem jednak wegetarianinem i od czasu do czasu zjadam coś spoza szkolnych wytycznych, a to stek, a to rybkę, a to gulasz jakiś. W okresie wielkanocnym zwykle daję się namówić na białą kiełbasę i pieczony pasztet. A po wspomniane produkty jestem wysyłany do jedynego miejsca w Wejherowie, z którego pozyskane specjały smakują, co stwierdziliśmy aklamacyjnie, całej rodzinie!

Wiele sklepów w mieście już przetestowaliśmy i tylko ten jeden punkt handlowy dostarczył nam produktów, które odpowiadają nam smakowo. A najzabawniejsze jest to, że we wspomnianym punkcie możemy się zaopatrywać tylko w piątki, między 9.00 a 13.00. Jest to bowiem samochód dostawczy przystosowany do sprzedaży wędlin. Prócz walorów smakowych sprzedawanego asortymentu, zaletą mobilnego sklepiku jest jego personel pokładowy – zwykle jednoosobowy i męski. Przez dokonywanie dość systematycznych zakupów poznałem dwóch młodzieńców pracujących w owym kiełbasobusie. Obaj niezwykle sympatyczni, uczynni, uprzejmi, obrotni i kontaktowi. Zawsze sobie chwilkę z nimi gawędzę, jeśli tylko nie ma kolejki.

Tym razem kolejka była po horyzont! O Matko Bosko Ugandyjsko! Nie pamiętam już kiedy ostatnio stałem w tak wielokrotnie zakręconym ogonku. Ludzie się zlecieli chyba już w momencie parkowania pachnącego wędzonką wehikułu, a ja niestety byłem parę minut później. No i musiałem swoje odczekać. Gdy już nieco się zbliżyłem do wędliniarskiego pojazdu mogłem zrobić przy okazji pamiątkową fotografię. I z okazji skorzystałem, jak widać na obrazku załączonym niżej. Kiedy zaś przyszło mi kupować, to umówiłem się, że po świętach podrzucę odbitkę mojemu modelowi, z gracją pląsającemu między boczkiem, zylcem i kiełbasami. Sprawunki opłaciłem, spakowałem w plecak i na pożegnanie powinszowaliśmy sobie spokojnych świąt.

A potem w te pędy pognałem do domu, opędzając się przez większą część drogi od psów pańskich i bezpańskich, różnej maści i rasy, które koniecznie chciały poznać zawartość mojego aromatycznego plecaka. A śliniły się przy tym jak wściekłe. I jakoś się im nie dziwię, bo zapachy podziałały nawet na mnie, który jestem przecież zwolennikiem szkoły falenickiej. Albo otwockiej…

Czego i Wam życzę!

Personel pokładowy wędlinolotu w ferworze walki, przyłapany na zerknięciu w mój obiektyw.

Personel pokładowy wędlinolotu w ferworze walki, przyłapany na zerknięciu w mój obiektyw.

Z poślizgiem

•2019/04/19 • 16 Komentarzy

Dwa tygodnie temu nie udało mi się zmienić planów tak by pojechać po przyznaną nagrodę i na otwarcie wystawy. Co się odwlecze, to nie uciecze, więc chociaż z poślizgiem, to mogę dziś pokazać dyplom. Drobiazg ale miły, zwłaszcza, że nie wysyłałem na konkurs fotografii specjalnie zrobionych w tym celu. Poszły tam bowiem zdjęcia z archiwum – jedno z lutego tego roku, drugie sprzed trzech lat i trzecie sprzed lat dziesięciu.

***

***

Cień

•2019/04/17 • 25 Komentarzy

Podczas niedzielnego spaceru przystanąłem na chwilę przy wejherowskim czołgu, by zrobić mu zdjęcie. Mam już sporo jego fotografii, ale że jest fotogeniczny, to wciąż do niego wracam pod pretekstem, że światło jest inne, że mam inny obiektyw, że załadowałem do aparatu inny niż ostatnio film. Kiedy odprawiałem całą tę fotograficzną gimnastykę w poszukiwaniu interesującego kadru podszedł do mnie Witalij. Wtedy jeszcze nie wiedziałem jak ma na imię, ale po kwadransie już wiedziałem.

Z pewną taką nieśmiałością próbował nawiązać rozmowę. Ośmielił się kiedy okazało się, że:

a) jestem rozmowny;

b) wiem jaki czołg fotografuję;

c) mówię po rosyjsku.

Z tym ostatnim punktem, to pewna przesada, bowiem nie posługiwałem się językiem rosyjskim lata całe. Owszem, uczyłem się go przez cztery lata podstawówki i pięć lat szkoły średniej, ale było to daaawno temu. W tamtych odległych czasach całkiem sprawnie się porozumiewałem w tym języku, do tego stopnia, że szkolna rusycystka (nomen omen nosiła panieńskie nazwisko – Rusek) zachęcała mnie do podjęcia studiów w Moskwie lub Leningradzie.

Nasza rozmowa zaczęła się od czołgu. Zostałem wypytany o typ, kaliber działa, załogę i zarys historyczny. Egzamin zdałem dlatego, że kiedyś interesowałem się historią, w tym również działaniami zbrojnymi w czasie II wojny światowej. Przy kolejnych moich trafnych odpowiedziach uśmiech nie znikał z twarzy egzaminatora. Mogliśmy więc przejść do przyjemniejszych tematów, na przykład literatury. Na warsztat poszedł Puszkin (pagib na dueli z Francuzom Dantiesom), Lermontow, Dostojewski, Gogol, Gorki, Jesienin, a nawet Majakowski. Powzruszaliśmy się, jak na Słowian przystało. Doszło nawet do wzajemnej wymiany recytacji poetyckich, szczęśliwie w pamięci zostało mi w głowie kilka wierszy z czasów szkolnych. Witalij okazał się oblatany literacko, więc mieliśmy o czym rozmawiać.

Kiedyśmy już przeszli na „ty” i trochę pogawędzili o życiu, o tym co go przygnało do Polski z Władywostoku (sic!), co porabiał wcześniej w Portugalii, o służbie kuzyna na atomowym okręcie podwodnym stacjonującym w Murmańsku, pojawiła się w ręku Witalija flaszka żubrówki. Niestety.

Witalij nie miał do mnie żalu, że odmówiłem (choć to nie po słowiańsku) picia ze względu na łykane antybiotyki. Sam sobie dobrze radził z zawartością butelki. Jednak z każdym łykiem okowity konwersacja nasza stawała się mniej dla mnie przyjemna, bowiem rozmówca coraz częściej podkreślał swój patriotyzm, skręcający brawurowo w stronę nacjonalizmu, który na naszym podwórku reprezentują krótkościęci i silnoręcy młodzieńcy w ciężkim obuwiu.

Kiedy pod koniec butelki dowiedziałem się, co Witalij sądzi o Amerykanach i co by z nimi robił, gdyby mógł, przestało być sympatycznie. Najgorsze było to, że nie dawał sobie przetłumaczyć, że jego agresywne plany nie powinny dotyczyć dzieci, kobiet i starców. Później dostało się Żydom. A w końcu i Polakom, że tchórze, bo sobie w 1939 roku nie poradzili z radziecką armią. Jasno zakomunikowałem rozmówcy, że nie sądzę by miał rację w wielu swoich twierdzeniach, że nie sprawia mi przyjemności rozmowa z ludźmi o morderczych skłonnościach, nawet jeśli wynikają one z upojenia alkoholowego. Witalij, tłumaczyłem mu, przecież jeszcze godzinę temu miło rozmawialiśmy o urokach bycia Rosjaninem, o tańcach, dziewczynach, dobrym jedzeniu i wódce, a ty teraz mi tu takie rzeczy wygadujesz. Nic to nie dało, nie zmitygował się, zatem rozstaliśmy się, podając sobie dłonie, mimo wszystko. Nim się rozeszliśmy, zrobiłem mu jeszcze fotografię, o którą poprosił – w cieniu radzieckiego czołgu (samyj łutszyj tank mira!).

A potem poszedłem do domu, lecz cień towarzyszył mi jeszcze bardzo długo.

Witalij w cieniu radzieckiego czołgu w Wejherowie. Zdjęcie wykonano Mamiyą 6 MF, przez obiektyw Mamiya 6 G 50 mm/ f4; na negatywie FOTON NB 04 FP (ASA 200, ale naświetlałem jak 100; termin ważności 1990). Wywołano go w Fomadonie R09 (1+100, 18 stopni Celsjusza, wstępne moczenie – 5 minut, wywoływanie 60 minut). Skanowano Epsonem V700.

Witalij w cieniu radzieckiego czołgu w Wejherowie. Zdjęcie wykonano Mamiyą 6 MF, przez obiektyw Mamiya 6 G 50 mm/ f4; na negatywie FOTON NB 04 FP (ASA 200, ale naświetlałem jak 100; termin ważności 1990). Wywołano go w Fomadonie R09 (1+100, 18 stopni Celsjusza, wstępne moczenie – 5 minut, wywoływanie 60 minut). Skanowano Epsonem V700.

Wewnątrz modernistycznej willi

•2019/04/14 • 11 Komentarzy

Gdyby modernizm architektoniczny ograniczał się do form kubicznych mógłbym powiedzieć, że go nie lubię. Na szczęście pojęcie modernizmu jest tak pojemne, że chyba każdy znajdzie w nim jakiś nurt, który przypadnie mu do gustu. A jeśli nawet nie cały nurt, to z pewnością poszczególne projekty wybranych architektów. Jest w czym wybierać! Jeszcze się nie zdarzyło, by podczas spotkań towarzyskich, gdy rozmowa zejdzie na architekturę, któryś z projektów wymienionych dalej twórców nie zadowalał gustów uczestników dyskusji. Jedni wolą wczesne prace Alvara Aaalto, inni betonowe kościoły Le Corbusiera, jeszcze inni uwielbiają kanciaste budynki Waltera Gropiusa, albo minimalistyczne budynki Philipa Johnsona. Ten zachwyci się pomysłami Oskara Niemeyera, ów zachwala bloki Ludwiga Miesa van der Rohe, tamtemu cudem zdaje się architektura Jørna Utzona, inni kochają pokręcone wizje Franka Lloyda Wrighta. Modernizm, to nie tylko funkcjonalizm, to nie tylko „less is more”, modernizm to różnorodność…

Wspominam o tym, gdyż w piątek trafiłem, całkiem przypadkiem, do modernistycznej willi rodziny Świątkiewiczów, przy Hallera 14 w Wejherowie. Wiele razy już obok niej przechodziłem, kilka razy fotografowałem jej bryłę, ale wreszcie miałem okazję by zobaczyć wnętrza. Spacerując po mieście zobaczyłem plakat reklamujący imprezę kulturalną „Uczcijmy modernizm w Domu Bogoria”, odbywającą się we wspomnianej lokalizacji.

W środku można było zobaczyć dzieła sztuki, zarówno zebrane przez członków rodziny Świątkiewiczów, jak i te przez nich samych wykonane – fotografie, rysunki, obrazy, projekty architektoniczne, rzeźby. Sporo pamiątek rodzinnych, trochę mebli, wyposażenia wnętrz, kilka plansz z opisami dziejów rodziny i osiągnięć jej przedstawicieli, przede wszystkim Stanisława i Andrzeja. Podobało mi się. W powietrzu nadal unosił się artystyczny duch, choć dawni właściciele nie mieszkają tam od lat.
Z tego co zrozumiałem, dom przy Hallera 14 ma się stać filią Wejherowskiego Centrum Kultury, czy czymś w tym rodzaju. Pod swoim dachem willa ma gościć rozmaite inicjatywy artystyczne i kulturalne. Pewnie będzie swoistym połączeniem rodzinnej izby pamięci i domu kultury.

Zdaje się, że zapowiedzią dalszych działań artystycznych była wystawa fotograficzna zaprezentowana w jednym z pokoi. Autorem zdjęć jest wejherowianin, Albert Ladach. Niestety, już wprowadzenie do wystawy jest nieudane. Nie dość, że z błędami, to jeszcze sformułowane bełkotliwie i manierycznie. Nie przekonały mnie również fotografie. Nie bardzo rozumiem na czym miałby polegać „hołd” zaanonsowany we wprowadzeniu. Napisano w nim m.in., że „Seria prezentowanych prac BAUHAUS/WEJHEROWO to swego rodzaju hołd dla modernizmu w fotografii”. Hołd dla modernizmu w fotografii? Że fotografie na wystawie są hołdem dla modernizmu, czy może autor składa hołd fotografii modernistycznej? Wejherowo, owszem jest na tych zdjęciach ale Bauhausu, to bym się nie dopatrywał. Oglądając zdjęcia miałem wrażenie obcowania z dość przypadkowymi „pstrykami”, dobranymi bez głębszego namysłu, a jedynym zabiegiem „artystycznym” stanowiła konwersja cyfrowych fotografii do skali szarości. W mojej opinii nie jest to materiał wart wystawy.

Być może to kwestia młodego wieku autora, albo (co bardziej podejrzewam) upodobań jego opiekunów z ramienia WCK. Będąc na ich miejscu doradzałbym więcej samokrytycyzmu, a mniej artystowskiego nadęcia, które z pewnością nie służy takim projektom. Ja sugerowałbym staranniejszy dobór prac na wystawę, a napisanie wprowadzenia zleciłbym komuś sprawniej operującemu językiem, a potem poprosiłbym jeszcze zawodową redaktorkę/redaktora o poprawienie tekstu.

Aby nie kończyć tak minorowo, wspomnę o pozytywach, bo przecież zawsze jakieś są! Wśród kilkunastu fotografii znalazłem trzy wyróżniające się na plus – mocą emocjonalną, ciekawą kompozycją, interesującym motywem. Takie zdjęcia są w stanie zatrzymać wzrok i uwagę widza na dłużej. Gdyby je zaprezentować w dużym formacie, zamiast tych kilkunastu miniaturowych obrazków, efekt byłby lepszy. Druga rzecz to układ kompozycyjny miniaturek rozwieszonych na ścianach – on rzeczywiście miał związek z modernizmem!

Po oglądnięciu wystawy fotograficznej wróciłem, z dużą satysfakcją, do ponownego podziwiania sztuki zgromadzonej w domu Świątkiewiczów. Jeśli będzie otwarty jeszcze kiedyś, z przyjemnością odwiedzę go ponownie.

Hallera14_00

Willa Świątkiewiczów, ul. Hallera 14 w Wejherowie

Hallera14_03

Fragment jednej z plansz przybliżający postać Stanisława Świątkiewicza

Hallera14_04

Fragment jednej z plansz przybliżający postać Andrzeja Świątkiewicza

Hallera14_01

Jedno z pomieszczeń w willi Świątkiewiczów (I piętro)

Hallera14_02

Z wyposażenia willi Świątkiewiczów

Hallera14_06

Fotografia ze zbiorów rodziny Świątkiewiczów zaprezentowana w willi przy Hallera 14

Hallera14_05

Rysunek jednego z braci Świątkiewiczów zaprezentowany w willi przy Hallera 14

Hallera14_07

Andrzej Świątkiewicz, Matka karmiąca

Fragment wystawy fotograficznej Alberta Ladacha w willi na Hallera 14

Fragment wystawy fotograficznej Alberta Ladacha w willi na Hallera 14

Fragment wystawy fotograficznej Alberta Ladacha w willi na Hallera 14

Fragment wystawy fotograficznej Alberta Ladacha w willi na Hallera 14

Albert Ladach_01

Fragment wystawy fotograficznej Alberta Ladacha w willi na Hallera 14

Człowiek XXX wieku

•2019/04/09 • 34 Komentarze

Kilka dni temu wszedłem na stronę jednej z moich ulubionych wytwórni płytowych i z konsternacją przeczytałem komunikat o śmierci Scotta Walkera.

https://4ad.com/news/25/3/2019/scottwalker19432019

Niespecjalnie śledzę środki masowego rażenia, więc pewnie z tego powodu przegapiłem wcześniej tę smutną wiadomość. Inna sprawa, że Walker nie był zbyt popularny w naszym kraju. Wśród moich znajomych przeprowadziłem szybką sondę, z której wyszło, że na dwudziestu przepytanych trafił się jeden fan Scotta, trzech „coś o nim słyszało”, a reszta tylko wzruszyła ramionami. A nagabywałem ludzi, którzy słuchają muzyki nie tylko okazyjnie. Myślę zatem, że w społeczeństwie znajomość twórczości Walkera jest jeszcze słabsza. Nie dziwi mnie to szczególnie, bowiem Scott Walker głównie milczał. Ruchem sinusoidalnym co kilka lat pojawiał się na scenie i zaraz niej znikał. Nowe płyty wydawał równie często jak u nas to czyni Lech Janerka. A koncerty grywał chyba jeszcze rzadziej. W polskim radiu nie słyszałem ani jednej z jego piosenek. Najwyraźniej nie miał chłop parcia na medialną popularność…

Ja jednak lubiłem te jego smętno-romantyczne śpiewy. Mam wrażenie, że człowiek swoją twórczością przesunął popowe piosenki blisko sztuki. Wzruszały mnie czemuś. I nie tylko mnie. Z jakiegoś powodu fanem Walkera był też David Bowie, który dał kasę na dokumentalny film o nim. Jeśli nie znacie Scotta Walkera, a chcecie się przekonać, że gość był naprawdę niezwykły, poszukajcie w sieci filmu „30 Century Man” (reż. Stephen Kijak). Możecie się zdziwić jak wielu artystów ceniło muzykę Scotta Walkera. POLECAM!

Ja zaś, po swoim odkryciu dokonanym na stronie wytwórni 4AD, sięgnąłem po czarny krążek z 1982 roku. Właśnie ten z obrazka poniżej.

Zrobiło się nostalgicznie…

Płyta z mojej półki z winylami, w sam raz na wieczór, w którym dowiedziałem się o śmierci Scotta Walkera.

Płyta z mojej półki z winylami, w sam raz na wieczór, w którym dowiedziałem się o śmierci Scotta Walkera.