Trzeci i czwarty

•2021/09/23 • Dodaj komentarz

Kolejne dwa festiwalowe dni, czyli dzisiejszy i wczorajszy, przyniosły satysfakcję. Owszem, było nieco produkcji przeciętnych, na które spuszczę zasłonę milczenia, ale w tym szumie wyłowiłem filmy, które mogę pochwalić – „Powrót do Legolandu”, a zwłaszcza „Moje wspaniałe życie”. Tak, tak, tak! Wreszcie!

Do tego dwa bloki naprawdę niezłych filmów krótkometrażowych. Bardzo to trudna sztuka w takiej zwartej formie pokazać coś oryginalnego, przykuwającego uwagę, omijającego banał. Owszem, czasem wystarczy zaskakujący pomysł, noo ale przecież trzeba na niego wpaść.

I jeszcze coś – Żuławski! Dwa lata temu widziałem po raz pierwszy na dużym festiwalowym ekranie film „Na srebrnym globie”. A właściwie to, co po nim zostało. Jak na okaleczony kadłubek – zrobił na mnie duże wrażenie. A teraz znów go mogłem zobaczyć – nie zmieniam zdania – świetny film. A gdyby został dokończony? Dokument o Żuławskim i jego dziele („Ucieczka na srebrny glob”) był wisienką na tym słodkim torcie.

Oby tak dalej!

Dwa dni radości

•2021/09/21 • 2 Komentarze

Jak to dobrze, że się w tym roku udało zrobić festiwal filmowy w Gdyni w normalnej formule. To dopiero dwa dni, a już wspomnienia atmosfery z poprzednich lat wróciły bardzo intensywnie. Jest dobrze…

Mam dużo pracy, więc nie wysiaduję w kinowych salach całych dni, jak kiedyś. Na razie przyjąłem normę trzech-czterech seansów każdego dnia. Plus imprezy okołofilmowe. Wśród produkcji, które zdążyłem dotychczas obejrzeć nie było niczego zachwycającego, były za to dwa tytuły przed którymi mogę ostrzec wszystkich mających gust filmowy podobny do mojego. Omijajcie „Prime Time” i „Ciotkę Hitlera”. Wierzę jednak, że w kolejnych dniach pojawi się film, który mi się bardzo spodoba. I wcale nie musi być konkursowy. Bywało tak i w poprzednich festiwalowych latach.

Z punktów okołofilmowych i towarzyskich:

– udany wernisaż wystawy „Bez końca” poświęconej Krzysztofowi Kieślowskiemu – bardzo dobre oprowadzanie kuratorskie, przyzwoite wino;

– jeszcze lepsza wystawa „Wajda na nowo” z plakatami Andrzeja Pągowskiego i obecnością samego autora. Był też przez chwilę na wernisażu wystawy o Kieślowskim;

– nieoczekiwane uliczne spotkanie z Januszem Rudnickim, którego Gazeta Wyborcza posłała na gdyński festiwal. Miła rozmowa, także o filmach, wspominki z kędzierzyńskiego wieczoru winnego w 2018 roku.

Przeżyte i przywiezione

•2021/09/19 • Dodaj komentarz

Za plecami bardzo intensywny czas.


Najpierw długa podróż kolejowa z wybrzeża do Zielonej Górya, ale taką formę przemieszczania to ja akurat bardzo lubię, więc nawet opóźnienia niespecjalnie mi przeszkadzały. Potem trzeba się było przyzwyczaić do łóżka w wynajętej kwaterze na Ogrodowej 10. Oj miękko było, za miękko. Na szczęście tak intensywnie pracowałem, że wracałem do mieszkania umordowany jak pies pociągowy grubego Inuity z rodziną wielodzietną. Kiedy tylko padałem na łóżko, to niemal od razu zasypiałem. A o 6.20 dnia następnego budzik wzywał mnie do tego by się oporządzić i znów jechać na długie godziny do zielonogórskiego archiwum.


Wizyta w archiwum była konieczna, bo nie stać mnie na wydawanie 2 PLN za każą skopiowaną stronę archiwaliów. Zwłaszcza, że stron, z którymi chciałbym się zapoznać są… zyliardy. A jak już coś zamawiałem, to się okazywało, że w skopiowanej dla mnie teczce jest, i owszem, sto stron, ale na 30% z nich są tylko jednozdaniowe, niczego nie wnoszące, notki formalne w stylu: „Pismo przyjęto wtedy a wtedy, przekazano do odnośnych komórek celem dalszego rozpatrzenia…” A dwa złote za każdą z takich stron trzeba zapłacić. By to miało sens trzeba by się najpierw pofatygować do archiwum, wypożyczyć teczkę, spisać numery stron sensownych i dopiero je dawać do skopiowania. Ale przecież takie działanie nie ma sensu, bo skoro i tak muszę jechać do Zielonej Góry i przeglądać te akta, to już lepiej wziąć ze sobą aparat i samemu, za darmo, przefotografować sobie te archiwalia. I właśnie tak zrobiłem.


Problem z archiwami jest taki, że mają regulaminy, a w nich stoi, że dziennie udostępnia się każdemu czytelnikowi pięć jednostek archiwalnych, czytaj – teczek. Czasem jednak w inwentarzach nie ma wzmianki o tym ile stron ma dana jednostka. Może się więc zdarzyć tak, że zamawiasz pięć teczek, a w każdej z nich jest po 5-10 stron. Sfotografujesz je w try miga, a co potem? A doba hotelowa kosztuje…


Miałem szczęście, udało mi się skopiować około 9 tysięcy stron. Sporo grosza zaoszczędziłem dzięki temu, no i mam materiał do pracy domowej w długie jesienne noce. Pierwszy raz w życiu niemal znienawidziłem fotografowanie, bo też i co to za fotografowanie – przewracasz stronę, pochylasz się, szukasz właściwej pozycji, ustawiasz ostrość, zwalniasz migawkę. Kolejna strona i kolejna strona i kolejna. Plecy, kręgosłup, szyja, kark, ramiona płonęły mi z bólu już po pierwszym dniu. A statywu używać nie można. Jakby to powiedział jeden żałosny prezydent – nie, bo nie…

Na wewnętrznej stronie kciuka, poniżej stawu, zrobił mi się drugiego dnia odcisk od ściskania aparatu. Mordęga. Od czasu do czasu robiłem sobie kilkunastominutową przerwę by dać odpocząć organizmowi. I wtedy sobie siadałem, by podczytywać to co fotografuję. Prawdziwa nagroda za trud. Ileż ciekawych informacji!


A po robocie, wracając na kwaterę, buszowałem po stoiskach ze starociami wystawionymi w ramach zielonogórskiego winobrania. Może stoisk nie było aż tylce co na jarmarku dominikańskim w Gdańsku, ale i tak wśród morza śmieci trafiały się ciekawe znaleziska – patrz załączony obrazek.


Najpierw zobaczyłem portretową fotografię w formacie carte de visite. Zainteresowała mnie dlatego, że jej autorem był Friedrich Sewohl – mój krajanin, można powiedzieć, choć bardzo odległy w czasie. Pochodził z Pyrnika (niem. Pirnig), leżącego w prostej linii od mojej rodzinnej wsi o jakieś 5–6 kilometrów. Urodził się 19 października 1860 roku, a już dwadzieścia pięć lat później miał w Rostocku własne atelier fotograficzne pod adresem Lengenstrasse 64. Przejął je od Friedricha Miedego. Reklamował swoją działalność między innymi w Rostocker Zeitung i Rostocker Anzeiger. Po dwóch latach przeniósł działalność na Hopfenmarkt. Miał jednak pecha – w styczniu roku 1890 studio zniszczył pożar, który wybuchł w sąsiednim budynku należącym do firmy Paul Evert & Comp. Odbudowa trwała kilka miesięcy, a i tak w następnym roku Sewohl przeniósł swoją działalność w bardziej przedmiejski rejon Rostocka, na Doberaner Strasse 123b. I właśnie w tym atelier powstała fotografia kupiona przeze mnie na winobraniowym straganie. Jak mógłbym ominąć ten fotograficzny drobiazg z historią w tle?


Drugim moim znaleziskiem było pismo skierowane do sądu w Konotopie (niem. Kontopp). Oklejone efektownie wyglądającymi znaczkami opłat sądowych i ostemplowane datownikiem oraz pieczęcią dekretacyjną kancelarii sądowej. Przyjęto je 10 lutego 1937 roku. Też kawał czasu…


No i na deser kolejne znalezisko fotograficzne, które jeden Bóg raczy wiedzieć jak przywędrowała do Zielonej Góry z Wejherowa (niem. Neustadt). Jest to mała kopertka z cieniutkiego papieru przypominającego przebitkę maszynową, ale nie jest to papier pergaminowy. Zawiera czarno-biały negatyw formatu 6×9 cm. Nieco pożółkły papier ostemplowano maluśką pieczątką wejherowskiej drogerii Minerva należącej do Augusta Ziemensa, kupca, samorządowca i fotografa-amatora. Z tego co wiem, nie robił zdjęć na zamówienie i nie wywoływał negatywów na zamówienie, a jedynie sprzedawał chemię fotograficzną. Można więc chyba przypuszczać, że zawartość kopertki jest jego autorstwa, jednak niestety nie ma żadnego opisu, który by to potwierdzał. Z adresu na odcisku pieczętnym wynika, że przedmiot pochodzi z czasów II wojny światowej, bo właśnie wówczas przedwojenną ulicę Lęborską przechrzczono na Adlof Hitler Strasse.


Kiedy pytałem sprzedawców o pochodzenie przedmiotów odpowiadali dość standardowo, a ich wypowiedzi można by sprowadzić do stwierdzenia – paaanie, a kto by to pamiętał, skąd, gdzie i kiedy…
Przedmioty widoczne na obrazku nie zamykają katalogu moich zielonogórskich zdobyczy, może przy jakiejś okazji pokażę jeszcze inne.


Powrót do domu był trudniejszy niż wyjazd, bo raz, że pociąg bardziej obskurny, dwa, że bardziej spóźniony, no i trzy, że dosiedli się do mnie w poznaniu dystyngowani starsi państwo, którzy zawzięli się by słuchać przez głośniczek telefonu komórkowego muzyki. Cóż z tego, że Mozarta, cóż z tego, że koncert fortepianowy No. 23 in A major, K. 488! Nie Mozarta potrzebowałem tego dnia, stanowczo nie Mozarta… Jestem mało asertywny i nie umiałem poprosić o wyłączenie. Założyłem słuchafony i z mojego odtwarzacza zaryczał Max Cavalera – Roots, blooody rooots! A po trzech wysłuchaniach płyty, kiedy otworzyłem oczy nie było już państwa Mozartowskich w przedziale, a głośnik w przedziale oznajmił, że następna stacją będzie Gdańsk Wrzeszcz.

Godzinę później byłem już w Wejherowie. I kto jest zwycięzcą?!

Zwiastuny?

•2021/09/04 • 6 Komentarzy

W tym tygodniu dostałem cztery pocztówki. Bardzo dziękuję za nie – Pani Peonii, Marcinowi Fedorukowi, Danielowi Kurowskiemu, rodzinie Pomierskich. Być może kartki doszły dlatego, że kilka tygodni temu zmienił mi się w rejonie doręczyciel. Teraz mamy Panią Kasię. Jeszcze jej na oczy nie widziałem, ale już ją lubię, bo pocztówki znów trafiają do mojej skrzynki. Jak widać na załączonym obrazku…

Czyżby to był sygnał, że idą lepsze czasy dla mojej korespondencji? Oby, ale…

Cztery pocztówki wiosny nie czynią.

Równowaga?

•2021/08/25 • 10 Komentarzy

Z mojego doświadczenia wynika, że profilaktyczne badania pracownicze są w naszym kraju nieco fikcyjne. Byłem na nich ostatnio n-ty już raz. Kiedy spytałem o pobieranie krwi usłyszałem, że już nie wykonują, bo nie są obligatoryjne. Pewnie przez pandemię.

Innego dnia skorzystałem z programu badań dla obywateli w wieku 40+. Rząd zrobił mi łaskę i z moich składek wpłacanych dziesięcioleciami ufundował mi pakiet badań o wartości mniej więcej 120 PLN. Lustrując wyniki stwierdziłem, że jestem chory. By się upewnić – powtórzyłem po kilku dniach te same badania już za pieniądze wyjęte z portfela. Niestety wartości większości parametrów powtórzyły się. Od razu się gorzej poczułem. By się utwierdzić w złym samopoczuciu wziąłem dzień urlopu by móc odwiedzić lekarza. Pani doktor potwierdziła, że mam powody by się źle czuć. Dostałem pakiet recept i skierowań.

Szedłem przez miasto powiewając w myślach papierkiem zawierającym najaktualniejszy wynik badania stężenia optymizmu we krwi. Bardzo niskie było to stężenie. Myślę sobie, że porównywalne z tym jakie by miał lokator jakiegoś pradziejowego kurhanu.

Szedłem i szedłem do domu, a końca marszu widać nie było. Całą drogę wisiała nade mną ciemna i ciężka chmura. Zbierało się i jej i mnie na deszcz. Dość miałem tego. Wsiadłem do autobusu żeby przejechać chociaż ze dwa przystanki. Karta z zakodowanym biletem miesięcznym przyłożona do autobusowego czytnika nie zadziałała. Tylko patrzeć Wizygotów, pomyślałem… Nie pojawili się jednak, więc mandatu tym razem nie było.

W domu czekała na mnie przesyłka. Jej zawartość świadczy o tym, że są na tym świecie przyjemni wydawcy. Tacy, co to bardzo terminowo wywiązują się ze zobowiązań finansowych i wysyłają egzemplarze autorskie, choć w umowie nie było o nich ani słowa.

Uśmiechnąłem się na chwilę.

Takie drobiazgi…

Na stronie tytułowej…

Kwarc dymny

•2021/08/21 • 14 Komentarzy

Dwa są przybory do pisania, które lubię – ołówki i pióra wieczne. Długopisy, cienkopisy, żelopisy i Bóg wie co tam jeszcze w życiu testowałem, jakoś nie przypadły mi do gustu. Oczywiście, czasem zdarza mi się ich używać, ale zdecydowanie bez przyjemności.

Listy, wiersze, opowiadania, pamiętniczek – pisuję którymś ze swoich piór. A w każdym z nich mam inny atrament. Od niedawna mam całkiem nową buteleczkę. Dostałem od koleżeństwa z pracy na imieniny.

Pelikan o barwie nazwanej przez producenta Smoky Quartz. Przetestowalem go natychmiast po otrzymaniu, bo bardzo byłem ciekaw koloru. Wszystkie, które dotychczas próbowałem w podobnej tonacji barwnej były dla mnie… zbyt krzykliwe, zbyt intensywne. Jest w nich jakaś sztuczność.

Edelstein jest inny. Po naniesieniu na papier atrament faktycznie ma kolor kwarcu dymnego – trochę matowy, ale też jakby pobłyskujący w świetle. Stonowany, delikatny, dyskretny. Nie za jasny i nie za ciemny. Idealny jest! Polubiłem go od pierwszej napisanej litery.

Na razie buteleczka stoi na półce i cieszy oczy, bo nie umiem się zdecydować, które ze swoich piór nim napełnić. Rodzi się też pytanie – do kogo napisać pierwszy list tym cudeńkiem?

Tak, czy owak – należą się publiczne podziękowania mojej pracowniczej ekipie. Sam z zakupem tego atramentu zwlekałbym pewnie długo, bo tani nie jest.

Dziękuję ludziska!

Auf Wolke Sieben

•2021/08/13 • 6 Komentarzy

Po polsku pewnie byśmy raczej napisali, że „W Siódmym Niebie”, ale niemiecka wersja chyba bardziej mi się podoba. Zatem spędziliśmy urlop w mieszkaniu nazwanym przez właściciela właśnie tak – „Na Siódmym Obłoku”.

Nasze urlopowe lokum mieściło się na parterku siedemnastowiecznego domu z muru pruskiego. Jego stare belki niejedno widziały, a teraz my gładziliśmy je dłońmi każdego dnia.

Co wieczór wracaliśmy na naszą chmurkę zmęczeni wielogodzinnymi łazęgami po górach, lasach, wsiach i mieścinach. Pierwsza rzecz – chłodny tusz. Kabinka prysznicowa malutka, więc kąpiel była osobna. Gdy ja się maczałem, żona nastawiała herbatę. Gdy ona się maczała, ja zanosiłem do sypialni kieliszki i schłodzone wino. Zapalałem świeczkę i przy otwartych na oścież oknach czekałem z uśmiechem.

Błogiego wyrazu twarzy nie da się uniknąć, gdy w głowie wciąż masz powiewy górskiego wiatru, zapach łąkowych ziół, a za oknem widok i dźwięki, które sprawiają, że zdaje ci się jakbyś trafił do nieba.

Za oknem kuchni i sypialni mieliśmy nieprzebytą gęstwinę winorośli, jeżyn i dzikich bzów. Chyba nikt od lat się nimi nie interesował, bo rozkrzewiły się niebywale. Trzeba by być chyba pancernikiem (i to zdesperowanym) by podjąć próbę przebicia się w pobliże naszego okna. Gąszcz, prócz zapewniania nam intymności miał jeszcze jeden walor – był bezpiecznym schronieniem dla ptaków. Pewnie uwiły w nim gniazda. Każdego ranka, na dłuuugo przed świtem i każdego wieczoru (dłuugo po zmierzchu) mieliśmy prywatne koncerty. Zwariować można od tego nawału szczęścia.

I kiedy masz coś takiego każdego dnia od nowa, to możesz w końcu pomyśleć, że jesteś w raju.
I możesz wpaść na pomysł by już nigdy nie wracać tam skąd przyjechałeś…

Trzy dni

•2021/08/12 • 7 Komentarzy

Wyjąłem ze swojej skrzynki pocztowej czternaście pocztówek, w tym te, którem sam do siebie z urlopu wysyłał. Wspominałem o sprawie tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2021/08/05/episode-v-postman-strikes-back/.

Jak napisałem we wspomnianej wyżej notce, złożyłem skargę. Wystarczyły trzy dni by pocztówki się odnalazły. Cuda panie i panowie…

Cóż, że inni dostali kartki ode mnie przed dwoma tygodniami, ważne, że do mnie w ogóle dotarły. Szkoda tylko, że faktura za prąd przyszła po terminie i trzeba będzie odsetki zapłacić. Dorobne, owszem, ale od takich właśnie drobnych zaczynają się ponoć wielkie fortuny…

Episode V: Postman Strikes Back

•2021/08/05 • 6 Komentarzy

Nie wiem, czy mój listonosz został jakkolwiek ukarany po zgubieniu/zniknięciu mojej paczki z aparatem fotograficznym w środku. Nie zaprzątałem tym sobie swojej pięknej główki. W całej sprawie najważniejsze było dla mnie, że pieniądze odzyskałem. Teraz jednak zdaje mi się, że moje „Pocztowe wojny” nie skończą się na tym epizodzie…

Aby odetchnąć choć trochę od polskiej atmosfery na urlop wybrałem się do Niemiec. I było cudownie – taniej niż w ubiegłym roku, a góry, lasy i jeziora piękne jak wcześniej. Wieczorami, przy smacznym lokalnym winie i jeszcze lepszych serach, wypisywałem kartki pocztowe do krewnych i znajomych Królika. Przez cały okres pobytu wyszło tych kartek trzydzieści pięć. Z tego siedem wysłałem na swój własny adres w Polszcze. Zrobiłem tak, gdyż od miesiąca przypuszczam, że nie dochodzi do mnie korespondencja nierejestrowana. Co tam przypuszczam, ja to wiem! A wiem stąd, że nadawcy się niepokoili brakiem odpowiedzi. Listy polecone są doręczane, a wszystko tańsze już nie. Noo ale kto wie, może mnie znajomi oszukują i wcale kartek nie wysyłają, a tylko o nich gadają. Tak sobie myślałem przypominając jednocześnie przypadek wierszowanego Grzesia, co to zeznawał cioci, że skrzynka była czerwona, a koperta, ten-tego, nic takiego nadzwyczajnego…

Wysyłałem więc te kartki i do siebie i do koleżeństwa. Wrzucałem je w tych samych dniach, do tych samych skrzynek. A efekt był taki, że do wszystkich adresatów kartki dotarły, prócz tych siedmiu wysłanych na mój własny adres. Możnaby pomyśleć, że to jest jakiś problem poczty w Wejherowie, ale to nie całkiem tak, bo moje widokówki dostała również czwórka mieszkańców tego miasta.

No i co ja mam sądzić o całej tej sytuacji? Już ja dobrze wiem. Siadłem przed komputerem i napisałem skargę. Będą mieć ubaw w pocztowej centrali reklamacyjnej. Donkiszot od pocztówek się znalazł… Niby błahostka, ale wśród wysłanych widokówek były przedwojenne (nawet sprzed Wielkiej Wojny), kupowane po antykwariatach. Nie za jedno ojro, bynajmniej…

Nie będzie już pytań

•2021/07/17 • 2 Komentarze

Od wielu miesięcy jedną z form mojej aktywności zawodowej jest układanie pytań, zadań i ćwiczeń historycznych do wykładów wygłaszanych przez kilku profesorów. Najwięcej frajdy mam z pracy nad odczytami Włodzimierza Borodzieja. Logika wywodu, jego uporządkowanie, erudycja, nieszablonowe podejście do wielu zagadnień, kultura językowa i poczucie humoru – wszystko na najwyższym poziomie. U innych wykładowców bywa różnie z poszczególnymi elementami wymienionymi wyżej. W czasie całych swoich studiów na uczelni macierzystej spotkałem ze trzech na podobnym poziomie. Niestety, takie skarby nie rodzą się na kamieniu…

W tym tygodniu Pan Profesor zmarł. Nie pojawią się więc w moim komputerze kolejne pytania do Włodzimierza Borodzieja. Bardzo, bardzo żałuję…