WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

Co widać tam, gdzie akurat jestem

Przegląd pożyczonego

Przyszedł Witek, rozsiadł się, a na stole położył obszarpany nieco karton od jakiegoś strasznego fotograficznego kompaktu. Zwariował chłop, pomyślałem. No nic, robię dobrą minę i pytam w czym mogę pomóc. Film trzeba wyjąć i wywołać, bo został po poprzednim właścicielu. I nie wiadomo nawet czy naświetlony jest. Witek, mówię, i ty z tym do mnie? Do labu zanieś jakiegoś, bo to pewnie kolorowe jest, a ja się kolorem ni hu-hu nie zajmuję!

No i niespodzianka! Ze szkaradnego pudełka wyłonił się piękny aparat – Balda Baldax do zdjęć formatu 6×4,5 cm. I to dość rzadki egzemplarz ani z wczesnym wizjerem ramkowym, ani z późnym dalmierzem, za to z wizjerem lunetkowym. A w dodatku w aparacie zamontowano Schneiderowskiego Xenara o ogniskowej 7,5 cm i jasności 2,8. Wiele Bald już widziałem, ale z takim obiektywem to jeszcze nie, a szybki przegląd linków z docenta Gugla, upewnił mnie tylko, że nie tylko ja nie widziałem takiej kombinacji.

To znakomite szkiełko zamontowano na migawce Compur-Rapid o maksymalnej szybkości 1/400 s.

Wstępne oględziny wykazały co następuje:

  • mieszek szczelny;
  • szkła obiektywu na tyle czyste, że można fotografować;
  • migawka, na słuch, trzyma czasy, co zresztą dość normalne w migawkach centralnych, nawet dość starych;
  • komora na film czysta;
  • prowadnice filmu, tak na oko, gładkie;
  • samowyzwalacz „leniwy”, ale do łatwego rozruszania;
  • oryginalny spust migawki na korpusie zastąpiono jakimś śmiesznym blachowkrętem, który i tak nie funkcjonował z powodu powyginanego blaszanego popychacza. A fotografować i tak można korzystając ze spustu przy obiektywie lub jeszcze lepiej poprzez wężyk spustowy (migawka ma oczywiście odpowiednie gniazdo);
  • aparatu nie da się złożyć do pozycji transportowej ze względu na powyginany popychacz między spustem a migawką, oraz ze względu na wyłamane zatrzaski w klapie zamykającej aparat. Ale kto by tam składał taki ładny aparat, rozłożony wygląda zdecydowanie efektowniej.

Można więc powiedzieć, że aparat nadaje się do natychmiastowego użycia. Co zresztą zamierzam uczynić. Wypakowałem w rękawie ciemniowym zastany w aparacie film, który okazał się być Fomą 400. Wrzuciłem ją wywoływacza, ale okazało się, że poprzedni właściciel chyba nie całkiem ogarnął swój aparat. Naświetlone były trzy klatki z szesnastu, z tego dwie naświetlono chyba trzykrotnie i a każdym razem nieostro, a pierwsza z klatek była prześwietlona całkowicie. Jakby ją ktoś wystawił na działanie światła przez pół minuty w pełnym słońcu. Reszta filmu dziewiczo czysta.

Kiedy tylko pozbyłem się dawnego lokatora aparatu zapakowałem doń Ilforda Pan F Plus i poszedłem w przestrzeń zewnętrzną. Wyniki pokażę jak tylko skończę film i go wywołam. A znając moją niepochopność fotograficzną może to trochę potrwać. Oj może!

A póki co obrazki z Baldą Baldax.

2012/05/27 Posted by | Sprzęt | , , , , , , , | Dodaj komentarz

Nocne podróże w przeszłość

Znajomy przyszedł wygrzebać z mojego podręcznego magazynu kilka starszych aparatów. Miały być na potrzeby „Nocy Muzeów”, współorganizowanej przez stowarzyszenie, któremu onże przewodniczy. Poszperał, poszperał, wybrał i uśmiechnął się serdecznie w intencji wypożyczenia. Sprzęt stanowił sentymentalne tło dla występu autorskiego pisarzy, którzy tej nocy promowali swoje książki utrzymane w tematyce „Fotograficzny spacer po miasteczku X” tudzież „Miasteczko X w obiektywach dawnych fotografów”.

No to mu wypożyczyłem z zastrzeżeniem, że jak wróci cokolwiek potłuczone lub z obiektywami wysmotruchanymi przez tłuste paluchy, to może być pewien, że mu moja stopa utknie w tylnej części ciała. I to głęboko! Szczęśliwie nie było potrzeby mszczenia krzywd moich aparatów, bo żaden nie ucierpiał, mimo sporego zainteresowania tłumów wizytujących tej nocy obiekty kultury.

Rzecz jasna największym zainteresowaniem cieszył się drewniany radziecki potwór, a ludziska z niedowierzaniem kiwali głowami, kiedy dowiadywali się, że właściciel wciąż nim fotografuje. Ech, żeby tak jeszcze materiały światłoczułe w jego rozmiarze były nieco tańsze. Byłby w użyciu o wieeele częściej.

Z kolei Isola z lat 50-tych wywoływała ponoć sentymentalne uśmiechy i westchnienia starych Niemców. Wiadomo, popularny sprzęt to był onegdaj, wielu ze zwiedzających pewnie robiło takimi aparatami zdjęcia swoim dzieciom i żonom. Mimo że już w latach swojej Isole były taniutkie, to zdjęcia z nich wychodzą całkiem przyzwoite. Żeby nie czuł się zaniedbywany ten mój egzemplarz wyciągam od czasu do czasu z kufra i naświetlam rolkę filmu. Obrazy daje nieco miękkie i może nie najbardziej kontrastowe, ale cóż, taki urok Isoli.

Mimo nienajlepszych reminiscencji z czasów NRD i mało sympatycznych wspomnień z radzieckiej tam obecności, sporo osób zatrzymywało przy srebrzystym Fiedzie i próbowało odczytywać grażdankową grawerkę na korpusie aparatu. Jednemu ponoć udało się nawet szybko i bezbłędnie odczytać „Zawod im. Feliksa Edmundowicza Dierżynskowo”. Może właśnie trafiła się emerytowanemu funkcjonariuszowi STASI okazja do przypomnienia liternictwa jego moskiewskich mocodawców. A może to miłośnik czytania Gogola i Dostojewskiego w oryginale był? Kto by to zgadł? Mnie osobiście jakoś ten aparat nigdy nie zauroczył. Owszem zrobiłem nim kilka filmów, ale nie polubiłem jego nieco topornych mechanizmów i wizjera/celownika/dalmierza, któren jest mroczny jak sumienie faszysty.

Reszta wypożyczonych klamotów takoż cieszyła się powodzeniem i przez noc zobaczyło je, jak mi sprawozdano, około dwóch tysięcy ludzi. No, no, no! Widać ludzie lubią takie nocne podróże w przeszłość.

2012/05/26 Posted by | Rozstania ze sprzętem | , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Foto-gapa

Gapa ze mnie, gapa straszna! Zawsze coś! A to nie zdejmę dekielka z obiektywu dalmierzowej Mamiyi, a to zapomnę czy przewinąłem film na następną klatkę po zrobieniu zdjęcia starym Nettarem. Tym razem założyłem do aparatu film Ilforda Pan F Plus, a zapomniałem przestawić czułość światłomierza w pryzmacie zamontowanym do M645. No i zostało 27 DIN po poprzednio naświetlanej Delcie. No zapomniałem!

Zorientowałem się po trzech dniach, gdy naświetlone było już 3/4 filmu. Aaa co tam, resztę też naświetlę według tego zapominalskiego nastawienia światlomierza – tak sobie pomyślałem. I tak też zrobiłem. Ot, eksperyment.

Po kilku kolejnych dniach czternaście klatek było naświetlonych tak jakby film miał czułość 27 DIN.

Naświetlić to jedno i filozofii wielkiej tu nie było, światłomierz pokazywał, ja wprowadzałem niezbędne korekty ekspozycji w zależności od motywu. Ale potem zagadka – w czym i jak to wywołać? Dylemat pierwszy rozwiązałem szybko – wywołam w tym, co akurat mam rozcieńczone. Trafiło na Kodaka TMAX (1+4). Spracowany już był mocno, pomyślałem więc sobie, że taka eksperymentalna rolka filmu będzie pięknym zwieńczeniem działalności wywoływacza.

Zdecydowanie trudniej przyszło ustalenie czasu wywoływania. Zaglądnąłem na Cyfrową Prawdę i na fora internetowe i jakoś nie znajdowałem wprost podanego sposobu wołania mojego specyficznie naświetlonego filmu. Liczyłem i liczyłem, aż w końcu wyszło mi 14 minut. Tyle byłoby gdyby wywoływacz był świeżutki, a ten mój, jak nadmieniłem swoje już przepracował.

Stanęło na tym, że wywoływałem pełne 14 minut, ale… turlając koreks – znaczy agitacja była ciągła ;-) . Utrwaliłem jak Pan Bóg przykazał, ale do płukania już cierpliwości nie miałem. Byle jak wypłukałem. A jak już film sobie dokładniej oglądnąłem i zobaczyłem, że mimo zupełnego braku doświadczenia w wywoływaniu tak naświetlonego filmu zdjęcia nie wyszły dramatycznie, stwierdziłem, że trzeba będzie jednak film wrócić do porządnego płukania.

Ale to już jutro, Panie Janie kochany.

Noc przecie, a korporacja nie przebacza spóźnień.

2012/05/06 Posted by | Laboratorium | , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Dwa tygodnie

Pierwsze trzy dni spędziłem stercząc przy przeszklonych drzwiach na ogródek. Czasem w nocy otwierałem je szeroko i grzechotałem wytrwale. To przecież zawsze działało! Przy grzechotaniu mamrotałem pod nosem starożytne zaklęcia wabiące. Na nic.

Później przyszło zwątpienie, a jeszcze później niewesołe myśli o cierpieniu. Łaziłem wieczorami wokół osiedla ze spuszczoną głową. Chodziłem i wyobrażałem sobie głodową śmierć w jakiejś ciasnej zatęchłej dziurze, albo zderzenia z rozpędzonym autem. „Cholera, cholera jasna. Niech to szlag!”  – przeżuwałem cicho serie przekleństw. A do porannego pacierza dokładałem modlitwę o ocalenie.

Mijały kolejne dni. By się nie zadręczać przestaliśmy o tym rozmawiać. Nie rozmawialiśmy, a wszyscy domownicy snuli się po domu z ponurymi minami. A w nocy śniły mi się koszmary. Wciąż i wciąż.

Czternastej nocy znów przewracałem się z boku na bok. Nie mogąc spać gapiłem się w telewizor, próbowałem czytać i w końcu zasnąłem ze zmęczenia. Czwarta chyba była, choć zdawało mi się, że dochodzi szósta. O tej bowiem porze, mniej więcej, koty zaczynają się domagać napełnienia misek. „Głodomory” – pomyślałem. „Dobra, nakarmię, bo odgłosami paszczękowymi zakłócą mi resztkę nocy.” Nie zakładając swoich dziesięciodioptriowych okularów i nie zapalając światła odnalazłem paszę i paśniki. Wsypałem chrupek, dorzuciłem zawartość puszki i szurając nogami by żadnego z sierściuchów nie rozdeptać, powlokłem się do łóżka.

Z kuchni dobiegały klasyczne odgłosy typu pożryj i pochłoń. Ale do mojej skołatanej świadomości dotarło po jakimś czasie także  i to, że nie ustaje miauczenie. To samo miauczenie, które wziąłem wcześniej za wezwanie do napełniania misek.

W chwilę później byłem z powrotem w kuchni, wciąż bez okularów. Namierzyłem dźwięki, przykucnąłem przy ich źródle i wydałem z siebie nie bardzo artykułowany, ale za to głośny odgłos. A on postawił na nogi resztę domowników.

Nie było już mowy o spaniu! Świętowaliśmy powrót zaginionej czternaście dni wcześniej Kropki. Wróciła brudna i niemożliwie wychudzona. To co było na niej wcześniej białe teraz stało się bure od brudu. Śmierdziała jakimiś smarami, naftą i… strachem. Skóra i kości! Z matową, zmierzwioną sierścią i ciągle przeraźliwie miaucząca. Taka wróciła po dwóch tygodniach. Ale wróciła!

Curiosity kill the cat. W tym przypadku trzeba dodać – almost. W jednostce wojskowej, którą mamy za płotem ogrodu mnóstwo jest baraków, magazynów i innych budynków z oknami, okienkami i lufcikami. Jak się jest kotem łatwo do nich się dostać, bo zwykle o ściany zewnętrzne poopierane są rozmaite belki, deski i sterty Bóg wie czego. Tyle, że jak się wlezie już przez lufcik do środka, to powrót tą samą drogą może być już niemożliwy – wysoko, a przy ścianie nie stoi nic co ułatwiłoby wspinaczkę. Co zostaje? Miauczenie. I pewnie w końcu usłyszał je jakiś patrol, pojawiają się z rzadka nocami, pobłyskują nam czasem latarkami przez drut kolczasty. I może to taki właśnie nocny przemarsz żołnierza uratował naszą Kropkę. Tak sądzę.

Wróciła po czternastu dniach i nocach. Po powrocie przez pierwsze trzy dni głównie miauczała, pochłaniała góry jedzenia i duuużo spała. W końcu przestała przestała miauczeć i zaczęła wychodzić na ogród. A po tygodniu była ślicznie wylizana. Pomagało jej przy tym rodzeństwo i matka. Sam widziałem, bo siedziałem niedaleczko…

Tu, przypomnienie jak wyglądała Kropka wcześniej.

2012/05/05 Posted by | W domu | , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Dokończę

Mimo, że dzieliły nas tylko trzy domy najczęściej widywaliśmy się nie na naszej ulicy, czy gdziekolwiek w naszym miasteczku, lecz w górach. A to ja rozkładałem się ze swoimi fotograficznymi klamotami na Teufelsmauer, a on wędrował do Weddersleben. A to znów on siedział na głazie w zrujnowanej górskiej twierdzy Regenstein i popijał parującą kawę z termosu, ja przechodziłem mimo wędrując w stronę Sandhöhlen. Zawsześmy się wówczas sobie grzecznie kłaniali, bo po pierwsze primo znaliśmy się, a po drugie primo byliśmy na szlaku.

 Za każdym razem z zaciekawieniem oglądałem dyndający na jego piersiach aparat fotograficzny. Nie żeby to było coś wyjątkowego – jakaś prastara mieszkowa Isola – po prostu zawsze gapię się na sprzęt fotograficzny, który ludzie noszą ze sobą. Zresztą sprzęt był pretekstem naszej pierwszej dłuższej rozmowy. Zaintrygowała go moja Tachihara, z którą sterczałem na polu złotych zbóż. Cierpliwie czekał w cieniu drzew na skraju pobliskiego lasu, ze dwa kwadranse chyba, aż skończę te swoje czary-mary pod czarną płachtą. A potem rozmawialiśmy pewnie z godzinę. O fotografii, chodzeniu po górach i historii. Wtedy miałem wreszcie okazję z bliska oglądać jego turystyczną laskę obitą mrowiem pamiątkowych szyldzików nazywanych tu „Stocknagel”. Imponująca kolekcja tych blaszek pyszniła się na tym kawałku drewna, który okazał się być nie laską turystyczną, lecz zwykłą laską z gumową końcówką. Taką laską, jakiej używają starcy by pomagać sobie w przemieszczaniu się po domu czy ogrodzie. Noo ale nie zmieniało to faktu, że zbiór plakietek był wspaniały. A jak się okazało, to nie pierwsza jego laska tak ozdobiona, na poprzednich kilku zabrakło już miejsca.

 

 Potem, w ciągu kolejnych dwóch lat jeszcze wielokrotnie robiliśmy takie wspólne pogaduchowe posiedzenia na szlaku. Za każdym razem były to spotkania całkowicie przypadkowe, bo obaj byliśmy zwolennikami samotnych wędrówek. No ale co innego samotne wędrówki, a co innego miłe spotkanie w ich trakcie, wymiany myśli i kanapek. Przyjemne to było, a zdaje się, że i on je lubił.

 

 Znani mi Niemcy nie są ludźmi zanadto otwartymi, ale z nim z każdym spotkaniem rozmawiało mi się coraz lepiej. Zaczęliśmy poruszać nawet tematy bardzo osobiste. Jakoś tak samo wychodziło. Nie pytany opowiedziałem mu o powodach swojej emigracji, która właściwie nigdy całkiem się nie dopełniła, bo wciąż wiele sznurków wiąże mnie z Polską. On opowiedział o wojnie, na której stracił twarz, a o mało co też i życie. Anglicy zestrzelili jego Junkersa 52 nad Kretą, a zanim wydostał się z kabiny płomienie poparzyły mu twarz. Mimo kilku operacji wyglądała jak woskowa maska bez indywidualnych cech. Po kilkudziesięciu latach od wydarzeń miał już do tego dystans i potrafił powiedzieć z czymś na kształt uśmiechu, że dzięki temu co go spotkało na Krecie uniknął najprawdopodobniej śmierci gdzieś w ZSRR. Wysłano go najpierw do szpitali, potem do sanatoriów, a w końcu odesłano z wojska.

 

 Ostatni raz rozmawialiśmy w sierpniu 2011 r. po kolejnym przypadkowym spotkaniu, tym razem w pobliżu Thale. Siedzieliśmy wtedy razem pół godziny przy kamieniu, który upamiętniał miejsce znalezienia germańskiego głazu ofiarnego. Znów rozmawialiśmy o Polsce. Znów rozmawialiśmy o fotografii. Kamień przy którym siedzieliśmy sfotografowałem. Nigdy zaś nie odważyłem się spytać czy mogę sfotografować i jego.

 

 Wczoraj wieczorem odwiedził mnie jego syn. Przyszedł powiedzieć kiedy będzie pogrzeb i przekazać mi pamiątkę po swoim ojcu. Widząc moją zdziwioną minę powiedział, że on też się zdziwił kiedy na dwa dni przed swoją śmiercią ojciec poprosił go by zaniósł mi jako prezent ostatnią laskę ze „Stocknaglami”. Miał mi też przekazać bym „dokończył jej zdobienie”.

 

 Johann, dokończę na pewno!

2012/04/01 Posted by | Halberstadt, Rozstania, Spotkania | , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Dwadzieścia pięć procent mknącej zamieci

Gdzieś pod koniec stycznia, czy może już na początku lutego, nie pamiętam dokładnie, wszechwiedząca sieć przesłała wiadomość, że koncert będzie. Berlin nie tak znów daleko by się nie móc tam wybrać.

Jak można było przewidzieć koncert odbył się w miejscu, nad którym unosił się duch squatowy. Gdzieś między Kreuzbergiem a Friedrichshainem. A dokładniej w Lovelite przy Simplonstrasse 38. Jak można się było spodziewać zebrane kapele wydzieliły mega dawkę hałasu gitarowo-perkusyjnego. Prócz najbardziej interesującego mnie ze względów towarzyskich Calm The Fire zagrali też: Dead Swans, Horror Show i From This Day On. Było zatem punkowo, crustowo, hardkorowo. I dobrze!

A za czas jakiś dotarła do mnie polska gazeta, w której redaktor Gulda w całostronicowym tekście zatytułowanym “Szybcy, głośni i wściekli” rozpływał się w zachwytach nad twórczością muzyczną Calm The Fire. Ba! Zacytował nawet wypowiedź innego dziennikarza. Amerykańskiego dziennikarza! Tak on napisał:: “Calm The Fire jest jak mknąca zamieć, niszcząca wszystko na swojej drodze…”

Posiedziałem ja chwilę nad gazetą, pokiwałem się na krześle, odłożyłem kufel z resztką piwa a sięgnąłem po laptopa. Użyłem ja jego by zaprosić z wizytą w swoje skromne progi 25% mknącej zamieci. Dawnośmy się bowiem nie widzieli, a już od jakiegoś czasu obiecywaliśmy sobie spotkanie fotograficzno-piwne.

Dzięki cudowi e-mailingu termin spotkania ustaliliśmy błyskawicznie. A potem przez kolejne tygodnie przekładaliśmy go, bo albo ja gdzieś jechałem albo 25% zamieci miało ważne próby czy inne koncerty. W końcu jednak terminy się zgrały. Mogłem wreszcie odebrać kolegę z budynku dworcowego i zaprowadzić do swojej kwatery głównej.

Mieliśmy głównie fotografować, ale oczywiście tyle było do powiedzenia, że przez większość czasu gadaliśmy pijąc, najpierw kawę (bo rano było) i piwo (bo było już po 13.00). W sumie, łatwo było przewidzieć taki właśnie przebieg wypadków, jak się wie, że podmioty spotkania nie widziały się od dwóch miesięcy, a wcześniej przez kilka lat spotykały się niemal codziennie.

W końcu jednak udało mi się wykonać kilkanaście zdjęć punkowo-hardkorowemu gitarzyście. Uwielbiam takie towarzyskie fotografowanie, zdjęcia z imprezy prawie rodzinnej. Bez pośpiechu, ciśnienia, a z zabawą w tle. Rolka zrobionego w godzinę kolorowego średniego formatu pójdzie do wołania kiedyś. A za wołanie czterech arkuszy pięciocalowego Ilforda FP4 zabrałem się już po tygodniu.

I taki to został ślad po wizycie w moim domu kawałka mknącej zamieci. Ostry hardkor przy moim stole.

Wojtas, dzięki za wizytę!

 

2012/03/17 Posted by | Spotkania | , , , , , , , , | 7 komentarzy

Dzień Kobiet z zamiarem niefotografowania

W Dzień Kobiet miałem pojechać do Polski, tuż pod granicę, by odebrać parę kilo sprzętu. Pojechałem, sprzęt odebrałem, a potem skręciłem by pojechać w miejsce, o którym już dawno myślałem, a do którego wciąż nie udawało mi się dojechać.

Tym razem tam dojechałem. Posiedziałem kwadrans, może dwa, z dłonią dotykającą zimnego kamienia na grobie kobiety, która mnie wychowała. Rzadko ją odwiedzam. Raz, że daleko, dwa, że każdy mój przyjazd tam wywołuje za wiele wspomnień, z których za wiele jest nieprzyjemnych. A tego to nie lubię. I wyjechałem na tyle szybko, że nie zdążyło się wydarzyć nic co zmieniłoby się w jeszcze jedno nieprzyjemne wspomnienie.

Pomyślałem, że skoro już przybyłem do starego kraju, to odwiedzę i starych przyjaciół. Po drodze zaś spotkałem muzykanta, któren grał na akordeonie i nie zbierał przy tym datków. Grał z okazji Dnia Kobiet. Nie wiem czy w inne dni zbiera datki, czy też jego występ był jednorazowy. W każdym razie grał pięknie, a kiedy uniosłem w znaczącym geście aparat i spytałem czy mogę, uśmiechnął się i skinął głową. Ostatnie dwie klatki.

Żona przyjaciela dostała bukiet i wino, a potem gadaliśmy we troje do rana. Nad kilkoma butelkami zrobionej przez kumpla cytrynówki czas minął błyskawicznie. I choć głowa wcale mnie nie bolała, ani żadna inna część ciała, to muszę stwierdzić, że za stary już jestem na to. Zwłaszcza kiedy nazajutrz trzeba znów być w korporacji. Jeszcze.

Uśmiechnąłem się za to na myśl o tym, że jak tylko wrócę wywołam sobie szybciutko dwa filmy podróżne. Tym razem małoobrazkowe, bo myślałem, że nie będę fotografować w podróży. A w takich razach wrzucam do plecaka tylko Nikona z zamontowaną pięćdziesiątką. I dwie-trzy rolki filmu. I jak zawsze w takich razach, nie fotografowałem prawie wcale. Z wyjątkiem tych siedemdziesięciu dwóch klatek, które jednak zrobiłem.

I taki to był Dzień Kobiet.

 

2012/03/10 Posted by | Notatki z marszu | , , , , , | 2 komentarzy

Podróż na Wschód / Przygotowałem wczoraj

Duch mnie natchnął przy piątku ostatnim. Syna wołam i każę mu plecak pakować. Jedziemy do ojczyzny przodków, tata pokaże ci śnieg. Bardzo się syn ucieszył, zwłaszcza, kiedy dowiedział się, że w grę wchodzi jego nieobecność przez dwa albo i trzy dni w systemie babilońskim (czytaj: szkole).

Dziesięciogodzinna podróż pociągiem przerywana czterokrotnie przesiadkami minęła nam jak z bicza strzelił. Bo lubimy jeździć koleją. Obaj. Najpierw słuchaliśmy muzyki, każdy swojej. U mnie huczała niezapomniana Armijna “Legenda”, u syna ściezka dźwiękowa z “Amelii”. Potem: nadrabialiśmy zaległości w czytelnicze, pojadaliśmy spakowane przez naszego domowego anioła bułki, gapiliśmy się na horyzont, graliśmy w kalambury i gawędziliśmy niespiesznie o życiu, literaturze a nawet kobietach. I wiele rechotaliśmy. Bo lubimy rechotać. Obaj.

Śnieg nie zawiódł. Czekał na nas w kopach, zaspach, stertach, płatach, płatkach i połaciach. Dobry to był śnieg, taki jak lubimy – sypki i suchy (o ile można tak mówić o śniegu). Wspaniały i duuużo! W jego bieli spędziliśmy rozkoszne kilka dni. Kiedy nic innego nie trzeba robić, a zapadanie się po pas w śniegu, lepienie bałwanów, niczym nie uzasadnione tarzanie się, zjazdy i podejścia oraz śniegowe wojny stają się chwilową codziennością, czas straszliwie się kompresuje.

Ostatnia miła chwila skompresowanego czasu będzie się nam kojarzyć z zapachem kawy i smakiem marcepanowego rogala od Frau Wanitschka z Magdeburga. To już taka nasza tradycja, że w czasie przesiadki, gdy mamy jeszcze chwilę do odjazdu HEXa, wędrujemy do Frau Wanitschka na ciastko i kawę. Bo lubimy. Obaj.

Godzinę później z brutalną siłą dotarła do nas świadomość, że znów dostaliśmy się w szpony rzeczywistości. I trzeba będzie nazajutrz pójść do szkoły/korporacji*. A tego to nie lubimy! Obaj!

(* niepotrzebne skreślić)

2012/02/22 Posted by | Notatki z marszu | 1 komentarz

Pożytek z zawrotów

Po trzecim dniu ciągłego kolebania horyzontu w mojej głowie uznałem, że czas zrobić przerwę. Zwłaszcza, że drugiego dnia puściła mi się z nosa krew. Taaak, najwyższy czas na lekkie wyhamowanie. Zostałem w domu.

Korporacja? Cóż, szczęśliwi nie byli, czemu dawali wyraz dąsami przez telefon. Niech tam się boczą. Czułem, że muszę złapać oddech. Prócz nafuczenia na mnie przez telefon i odebrania mi wątpliwej premii rocznej w wysokości silnie żałosnej, czym jeszcze mi mogą zagrozić? Wyrzucą mnie. Najwyraźniej jestem gotów na takie poświęcenie.

Ukryłem się pod kołdrą i obłożyłem książkami. Czytać jednak rady nie dałem. Zawroty głowy powodowały przemieszanie wersów. Wkładałem więc kolejne płyty na talerz gramofonu i po chwili znów byłem w łóżku. Strona pierwsza utwór pierwszy – „Smalltown”. Nawet się nie obejrzałem gdy zrobiła się strona druga utwór ósmy – „Hello It’s Me”. Wszystko tak dobre, że jeszcze dwa razy pod rząd „Songs For Drella”.

Po dwóch dniach miałem przesłuchaną domową dyskografię Lou Reeda, J.J Cale’a, Toma Waitsa, Johna Cage’a i Zeppelinów. Trzeciego dnia postanowiłem, że czas się ruszyć, łyknąć powietrza, popatrzeć na świat. Aparat na ramię, obiektyw 50 mm i dwa filmy do kieszeni bojówek. I w drogę.

Powoli, bo po pierwsze wciąż się kręci, a po drugie nie muszę się nigdzie spieszyć. Człapię przez rynek. Śniegu i lodu szczęśliwie nie ma. Słońce za chmurami, ładne rozproszone światło. Po niespełna dwóch kilometrach miałem dość spacerowania. Byłem zwyczajnie zmęczony. Zaszedłem odpocząć do antykwariatu Gebeckego przy Poelken. I oczywiście, jakżeby inaczej, wpadła mi w łapy książka, bez której już nie chciałem wychodzić. Osiem euro.

Spędziłem godzinkę na ławeczce przy figurach naszych miejskich masonów oglądając minialbumik Andersa Petersena. Dziełko niewesołe może, ale dziełko. Wspaniałe poruszające uczucia fotografie. Działające na wyobraźnię obrazy spelun, knajp, mrocznych zakątków Hamburga, Sztokholmu i paru innych miejsc. Idealne ilustracje na okładki wielu płyt Waitsa. Aż dziw, że wziął tylko to zdjęcie na okładkę „Deszczowych psów”. Jedno, ale za to jakie?! Esencja Petersena, esencja Waitsa.

Westchnąłem, wetknąłem książeczkę w przepaścistą kieszeń mojej sfatygowanej podróbki kurtki M65, i zrobiłem kilka zdjęć masonom w których bliskości spędziłem ten miły czas.

2012/02/17 Posted by | Kwedlinburg, Notatki z marszu | , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Ślad

Jeszcze jeden trudny tydzień. Któryś z kolei. Patrząc na wszystkie absurdy, więcej nawet, tkwiąc w nich po uszy, trudno jest się zmobilizować i jeszcze raz wykrzesać z siebie nieco entuzjazmu. Potęgowanie działań nieracjonalnych sprawia, że wydajność spada. Trzeba więc pracować więcej by uzyskać ten sam co dotychczas wynik. Zmęczenie narasta.

I jeszcze te zimowe mroki. Kiedy wyruszam do pracy jeszcze są, a kiedy z niej wychodzę już są. Drogę z domu do kolei przepełzam właściwie. Z głową zwieszoną nisko. I pewnie pełzałbym przez te ciemności jeszcze wolniej gdyby nie mróz. Mobilizuje do szybszego kroku. Idę zmęczony i nawet nie chce mi się słuchać skrzypienia zmrożonego śniegu. A zawsze lubiłem sobie posłuchać.

Całymi tygodniami aparat w plecaku tylko podróżuje ze mną w tę i nazad. Rzadko sięgam po niego, bo nie unoszę głowy by zobaczyć jaki ten świat dookoła jest fotogeniczny.

I tylko czasem, gdy coś samo wlezie przed oczy zmuszam się by się zatrzymać i wyjąć aparat. Zwykle w sobotę, bo wtedy jestem na nogach godzinę później niż zwykle. I jest już na tyle jasno, że widać ślady na śniegu i światło ma szansę by odcisnąć swój ślad na filmie.

2012/02/11 Posted by | Notatki z marszu | , , , , , | 1 komentarz

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.